Co słychać #2

Od kilku dni powtarzam ten sam schemat. Włączam komputer, odpalam edytor tekstu i próbuje dokończyć którykolwiek z kilku zaczętych i rozgrzebanych tekstów. Zazwyczaj jednak kończy się to tępym wgapianiem się w monitor w przez kilka dobrych godzin, po których w akcie ostatecznej kapitulacji jestem zmuszona przyznać przed sobą, że marny ze mnie bloger, ale za to konsument seriali całkiem niezły, co bez zbędnych wyrzutów sumienia pozwala mi zmienić laptopa uzbrojonego w WordPressa na kanapę i Netflixa.

Tak mnie jakoś blogowo przyblokowało. Trochę chyba zmęczyła mnie konwencja, w której utrzymane były ostatnie wpisy (ile w końcu można się ze wszystkiego naśmiewać), trochę za tę blokadę winię też Facebooka, który wyciął mi ostatnio paskudny numer i poucinał „Mentalności retrievera” zasięgi. Jak się okazało, nazwa opisywanego przeze mnie w jednym z pierwszych akapitów tego tekstu syndromu (RBF, jeśli nie wiecie co to, klikacie w powyższy link, tam wszystko macie wyjaśnione, ja nie zaryzykuje już więcej użycia w tekście słowa w wymowie bardzo podobnie brzmiącego do „beach” 😵) przez Twarzoksiążkę uznawana jest za zbyt ordynarny wulgaryzm, żeby pozwolić mojemu tekstowi tak swobodnie hulać po Internetach. Zdemotywowało mnie to odrobinę. W końcu wiecie – jestem tylko blogerem, lubię lajki i komentarze. Naparzam w klawiaturę nie po to tylko, żeby pouprawiać mentalny ekshibicjonizm, ale też po to, żeby zyskać jakiś feedback od Czytelników.

Dzisiejszy post powstaje głównie po to, żeby tę blokadę nieco przełamać. Postanowiłam, że usiądę i napiszę, co mi tam leży na wątrobie, nie analizując tego zbytnio. Taki eksperyment, bo zazwyczaj teksty mam zaplanowane z precyzją godną planów zmasowanej inwazji. Po prostu opowiem Wam, co u mnie słychać. Kiedyś zresztą już to zrobiłam, możecie przeczytać to sobie o tu.

Tak więc: przebrnęłam zgrabnie przez sesję, byłam na desce w Austrii (z czego skrupulatną i szczegółową relację zamieściłam na Instagramie), obejrzałam w kinie kilka filmów, przeczytałam kilka książek, znowu poległam przy bojkotowaniu Walentynek (ale to dlatego, że Luby zamącił mi w głowie stepującym Goslingiem a potem jeszcze zaprosił mnie na kolacje do za dobrej knajpy i nie mogłam sobie tego odpuścić), świętowałam z Kotą dzień kota, nasiliła mi się nerwica natręctw i znowu zaczęłam osiągać rekordowe czasy w jeździe na szmacie, byłam w Escape Roomie i nawet udało mi się z niego wyjść oraz – uwaga, uwaga – założyłam sobie swoje pierwsze konto bankowe. Pierwsze, w wieku 24 lat. Ach, ta dorosłość. Ach, to życiowe ogarnięcie.

 

Co do tych filmów, to zupełnie nie rozumiem, za co „La la Land” jest nominowany do aż tylu Oscarów. Rozumiem, że obsadzie jest Ryan Gosling i jak dla mnie jest to wystarczający powód do uzasadniania wszelkich nieracjonalnych decyzji, ale przecież to nie ja w tej kapitule siedzę i te nominację rozdaję. No bo tak: film jest przyzwoity, ale bez szału. Przyjemna komedyjka romantyczna, w której śpiewają. I to nawet nie za dobrze – Emma Stone przez większość filmu tylko brzęczy sobie pod nosem. Owszem, film ma ładną estetykę, historia też jest fajna, ale mnie nadal to nie przekonuje. Za to film o Michalinie Wisłockiej jest świetny. I warto go obejrzeć.

Moje uzależnienie od seriali w ostatnim czasie tylko się pogłębia. Zakochałam się w „Taboo” z Tomem Hardym – dziewiętnastowieczny Londyn, Kompania Wschodnioindyjska, tajemniczy człowiek, który po latach nieobecności wraca do kraju i wypowiada tejże otwartą wojnę. Poza tym – Tom Hardy. Tom. Hardy. Dla mnie to wystarczający powód do uzależnienia się od serialu 😉 Odkryłam też świetny serial na Netflixie – „Santa Clarita Diet” z Drew Barrymore. Fabuła jest mniej więcej taka – Shila wraz z mężem są agentami nieruchomości, podczas pokazywania domu jednym z klientów, dostaje gwałtownych – nazwijmy to – torsji i od tego momentu zaczyna się dość dziwnie zachowywać. Jest impulsywna, lekko agresywna, a co najważniejsze – nieumarła. Tak, Sheila jest zombie. Dlaczego tak się stało – tego wraz z mężem będą próbowali się dowiedzieć. Póki co Sheila w przypływie chwili kupuje wypasione Land Rovery, podgryza kolegów z pracy i nosząc różową pelerynkę poluje na gburowatych kierowców Porsche. Generalnie – jest zabawnie. Polecam. Obejrzałam też w tym tygodniu pierwszy odcinek VI serii serialu „Girls” Leną Dunham i powiem Wam, że niezbyt mi podpasował. Do tej pory lubiłam ten serial, ale tym razem mnie zniesmaczył. No nie wiem, może to przez zbyt dużą częstotliwość pojawiania się wagin na ekranie? Mam wrażenie, że Lena Dunham chciała być za bardzo Leną Dunham i nieco przegięła z tym kobiecym brutalizmem.

A co do książek i rzeczy, które warto przeczytać, to przede wszystkim polecam Wam wydanie specjalne Wysokich Obcasów poświęcone 25 najważniejszym kobietom roku. Jest tam artykuł o mojej ukochanej Michelle Obamie i o jeszcze ukochańszej Meryl Streep. Tak swoją drogą polecam Wam też biografię Meryl autorstwa Michaela Schulmana (pełny tytuł to „Meryl Streep. Znowu ona!”). Ja nie mogłam się od niej oderwać i od momentu, kiedy zaczęłam ją czytać mam na punkcie Meryl obsesję. Dla mnie ona jest idealnym bytem z planety perfekcja. Uwielbiam ją. Z książek polecam Wam też „Czerwonego Kampitana” Dominika Dána. Świetny czeski kryminał. Zresztą nakręcony na podstawie tej książki film z Maćkiem Stuhrem też jest niezły. Jakiś czas temu jeden znajomy polecił mi książki Simona Becketta, więc skuszona dobrą opinią zakręciłam się koło jednej z nich – „Zimnych ogni” – i powiem Wam, że już dawno żadna książka aż tak mnie nie rozczarowała. Fabuła godna owszem – lotnego, ale gimnazjalisty. Banalna, przewidywalna, marna. Nie polecam. Beznadziejna książka.

O, i jeszcze chciałam Wam powiedzieć, że za niedługo za sprawą Magdy Ostrowskiej z Monkey Business na Spódnicach sporo się zmieni 😉 Ale o tym w pierwszej kolejności dowiedzą się subskrybenci newslettera.

No dobra, na dziś to już tyle z moich wynurzeń. Powiedzcie mi – Wy też nie możecie doczekać się już wiosny? Bo ja bardzo 😔

Do napisania!

  • High five dla blogowych blokad i Netflixa. Apropos Netflixa, skończyłem właśnie American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona. Dawno żaden serial mnie tak nie wciągnął. Polecam.

    • Jak polecasz, to koniecznie się koło niego zakręcę 😉

  • Blokada jak to blokada dobrze, że ona z tych co się pojawiają i znikają ;) szkoda tylko, że za szybko jej to znikanie nie idzie i trzeba czekać i czekać! Ale myślę, że taki mały tekścik może ją rozruszać, a poza tym to bardzo ciekawie brzmiał. U mnie ostatnio z czytaniem i oglądaniem seriali czy filmów to marnie jest nad czym bardzo ubolewam i szukam sposobu jak to zmienić :D chyba muszę mniej pracować :D

    • Dzięki, cieszę się, że się spodobał – musiałam napisać coś innego, niż dotychczas 😊

      Mniej pracować – może być ciężko 😉 Ja w tym roku się zaparłam, żeby więcej czytać, bo przez ostatni rok łyknęłam w całości może ze cztery książki, co jest paskudnie marnym wynikiem i samej sobie jest mi za siebie wstyd, zwłaszcza, że kiedyś książki czytałam pasjami. A co do filmów i seriali to jestem uzależniona, nie wyobrażam sobie wolnego czasu bez obejrzenia czegoś 😊

  • Daniel Aaron Prokop

    Myślałem, że tylko ja cierpię na blokadę twórczą. Kłania się tu przede mną grzech blogerskiej pychy, o którym pisałaś w artykule: O 7 grzechach głównych blogera. Wiem, nie jestem pępkiem świata, raczej jego ślepą kiszką. Haha :) Znam Twój ból. Facebook jakiś czas temu usunął mój artykuł: Nie myślę wyłącznie o seksie. Poczułem się wtedy pieprzonym banitą. Jak Kovoo w Królu Lwie 2. :) Haha

    • Taki to już fach – czasem wena nie dopisuje i mało da się z tym zrobić. U mnie te blokady zazwyczaj kończyły się miesiącami niepisania, więc tym bardziej cieszę się, że tym razem skończyło się przełamaniem konwencji, a nie blogową abstynencją 😉

      Fajnie, że czytasz moje wcześniejsze posty, cieszę się bardzo 😊

      A na Facebooka nadal mam focha – zwłaszcza, że taka zadowolona z tego tekstu byłam, a ta wredna Twarzoksiążka wycięła mi taki numer.

      • Daniel Aaron Prokop

        Hemingway mówił, że teksty pisane krwią są warte znaczne więcej. :) Masz może nóż w zasięgu ręki ? Haha

        • Nie, no aż tak mi ten Facebook za skórę nie zalazł 😂