Mentalność retrievera

Zorientowałam się jakiś czas temu, że mam pewną przypadłość społeczno-fizjonomiczną, określaną w Internecie jako Resting Bitch FaceI w wielu przypadkach to nawet nie Resting, a po prostu Bitch Face. Taki no wiecie – suczy wyraz pyska (nomen omen zresztą, w kontekście tego tekstu to całkiem zabawne porównanie). Patrzysz i masz wrażenie, że jak się zbliżysz, to pogryzę, zbluzgam albo conajmniej ofuknę. I choć przez to można by mnie posądzić o jakąś zaawansowaną niemiłość względem ludzi, to prawda jest taka, że za niezbyt miłą aparycją kryję wachlarz całkiem ciepłych uczuć.

Taki Resting Bitch Face może być naocznym objawem różnych przypadłości – skrajnego tumiwisizmu albo masztowdupizmu, okresowego wnerwienia, czy pogłębiającego się z każdym dniem ludzio-wstrętu. W moim przypadku najpewniejszym wytłumaczeniem zapewne mogłaby być fobia społeczna, którą co prawda udało mi się w okolicach liceum dość skutecznie zwalczyć, ale ma franca tendencje do remisji i czasem jak mnie w knajpie zablokuje, to nawet sobie kawy nie zamówię, choć zazwyczaj jestem pierwsza do zagadywania do obcych. Zwłaszcza obcych z psami. Albo obcych w drogeriach. No ale czasem – blokada i nagle potrzebuję człowieka do ogarniania sytuacji społeczno-zewnętrznych. Ale Resting Bitch Face nie jest w moim wypadku przejawem fobii społecznej. Raczej odruchem, za którym stoi instynkt samozachowawczy. Bo mam mentalność retrievera.

Nie wiem, czy mieliście kiedykolwiek do czynienia z retrieverem, dlatego wyjaśnię. Retrievery to psy, które oprócz typowo psich przymiotów obdarzone są również niesamowitą emocjonalnością i współczuciem. No spróbujcie się przy takim rozpłakać, a zaraz będziecie mieć na kolanach trzydziestokilogramowe zwierze, które za nic nie będzie chciało zaprzestać lizania was po twarzy. I choć ja nie mam w zwyczaju lizać innych po twarzach, to mam dość podobną do tych psów wrażliwość. Generalnie łatwiej byłoby mi policzyć sytuacje, w których nie płaczę, niż te, w których to robię.

Czasem myślę sobie, że muszę mieć nieźle narypane w hormonach. Mam niesamowitą wręcz zdolność do wzruszania się i przejmowania cudzymi sprawami. Naprawdę niewiele mi potrzeba, żeby zalać się łzami. Mogłabym spokojnie zarabiać na życie jako płaczka. I oprócz kwestii, na które większość ludzi reaguje emocjonalnie – krzywda kobieca, dziecięca, czy zwierzęca (dziwnym trafem na mężczyzn aż tak wyczulona nie jestem, czyżby to ten mój zaawansowany feminizm przybierał w tym wypadku postać mizoandrii?*)  – w moim płaczliwym katalogu znajduje się również szereg sytuacji zupełnie w tym kontekście irracjonalnych.

*To było pytanie retoryczne.

No bo na przykład płaczę za każdym razem, kiedy słyszę nasz hymn i za każdym razem, kiedy nasza reprezentacja w cokolwiek wygra. I choć za patriotkę się nie uważam, bo w tym kraju źli ludzie zdążyli popsuć nam patriotyzm, to i tak się wzruszam. Jak chociażby wtedy, gdy zdobyliśmy mistrzostwo czegośtam w siatkówce – dostałam histerii. I nawet to sobie nagrałam, żeby móc znowu przy tym popłakać. A ja nienawidzę siatkówki. W ogóle każdego sportu nienawidzę, niezależnie od jego przejawów, bo wybitnie asportowa jestem. A i tak ryczałam. Jak głupia. Albo gdy zdobyliśmy Oscara za “Idę”. Trzecia w nocy, a ja w taki ryk wpadłam, że pół bloku zapewne pobudziłam. Bo pół rodziny to bankowo, w końcu wypisywałam do nich wtedy jak szalona, taka byłam rozemocjonowana. Dobrze, że włączyły mi się przynajmniej rezerwy rozsądku i nie próbowałam do nich dzwonić. Ba! Podczas oglądania zeszłorocznej gali poryczałam się, kiedy na scenę wjechały droidy z “Gwiezdnych Wojen”. Serio. Jak się okazało, BB-8 na żywo mnie okropnie wzrusza. W ogóle mam zasadniczy problem z kinematografią – filmy zazwyczaj muszę oglądać w domu, bo ciężko mi nie narobić sobie w kinie obciachu. Na “Dziewczynie z portretu” na przykład płakałam prawie cały film, a potem jeszcze godzinę w samochodzie w drodze do domu. I jeszcze z tydzień przeżywałam to, jak Einar mógł tak Gerdzie życie zmarnować. A i tak największy popis dałam mając lat naście i oglądając w kinie “Władcę Pierścieni. Powrót króla”. Poryczałam się na nim 11 razy. 11 razy! Tak mnie wzruszył los Aragorna, Legolasa i hobbitów.

Poza tym płaczę nawet na reklamach – i nienawidzę Was za to, Allegro i Huawei! Okres przedświąteczny w telewizji to dla mnie koszmar. Szerokim łukiem muszę też omijać Facebooka PETY i wszelkich innych pro-zwierzęcych fundacji. Bo mnie emocjonalnie rozwalają na najmniejsze kawałeczki. Dlatego choć chciałam, nie mogłam iść na weterynarię. Jestem organicznie niezdolna do zrobienia zwierzęciu czegokolwiek, co sprawiłoby mu nawet nie ból, a dyskomfort! Przez co Futrzastej nigdy nie myję zębów, bo wiem, jak tego nie znosi. A jak wychodzę bez niej z domu, to muszę ją każdorazowo przekupić jakimś żarciem, bo wtedy patrzy na mnie z ciut mniejszym wyrzutem. Zwierzęcy szczyt żenady przeżywam natomiast za każdym razem, gdy wyjeżdżam gdzieś bez moich dziewczyn. Bo wtedy jestem się w stanie rozkleić na widok każdego – KAŻDEGO! – psa i kota, jakiego minę na ulicy. I potem dzwonię do Rodzicielki z absurdalnymi żądaniami (“Daj mi kota do telefonu!”), czym tylko ją utwierdzam w przekonaniu, że coś mi w synapsach nie styka.

No sami widzicie – skoro już podbrzusze mam tak miękkie, to chociaż twarz muszę mieć suczą, żeby od świata za bardzo w dupę nie dostać.

Do napisania!

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/mentalnosc-retrievera/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial