Wytrzymałość energetyczna NOWORODKA

Jakiś czas temu moją egzystencję nawiedził dość istotny przełom.

Jednak zanim o tym, dwie sprawy, kluczowe.

Po pierwsze: do snu mój organizm stosunek ma dość szczególny. A mówiąc dokładniej – szczególnie to on do tej formy aktywności jest przywiązany i z całą stanowczością można stwierdzić, że preferuje ją ponad wszelkie inne.

Po drugie: przez większość mojego życia toczyłam permanentną wojnę z samą sobą. Wojnę o wczesne wstawanie. I momentami był to konflikt niemal zbrojny.

No po prostu zawsze jakoś tak żwawiej pohukiwało mi się o zmierzchu, niż świergoliło o poranku.

Oczy najchętniej i najnaturalniej otwierały mi się dopiero w okolicach godziny 10:00, ostrość umysłu włączała w okolicach południa, a w istnienie godzin wczesnoporannych musiałam wierzyć na słowo, bo rzadko doświadczałam ich osobiście. OK, potrafiłam wstać wcześnie. Potrzebowałam do tego trzech budzików, piętnastu drzemek i świadomości, że czekające na mnie sprawy są kategorycznie nieodwoływalne, ale potrafiłam.

Jednocześnie, w pewnej kontrze do fabrycznych ustawień mojego organizmu, stała ogromna chęć jak najwcześniejszego wstawania, napędzana ochotą wyciskania z dnia jak największej liczby minut i dość iluzorycznym przekonaniem, że świat o poranku jest jakby piękniejszy, bo jeszcze nieskażony głupotą ludzką.

Więc żeby trwale zresetować ten system i w miejsce fabrycznych wgrać ustawienia preferowane, raz za razem brałam na warsztat kolejne z technik i sposobów, które miały mnie wytresować do wyskakiwania z pieleszy łóżka skoro świt.

Próbowałam: nastawiać kilka budzików, a wszystkie je ustawiać w sporej odległości od kokonu z kołdry i łóżka; kłaść się wcześniej, ażeby i wstać wcześniej; wyczyścić sypialnię ze wszystkiego, co ma ekran, co do mnie mruga i co mogłoby mi w tym wcześniejszym zasypianiu przeszkadzać; zmuszać się po spacyfikowaniu budzika do bezzwłocznego wstania i niewracania już do wyrka, choćby nie wiem jak kusiło rozgegłaną pościelą i wspomnieniem snów o Goslingu.

Zdołałam: stać się specjalistą w dziedzinie skutecznej eksterminacji budzików niezależnie od tego, ile ich jest i jaka odległość je ode mnie dzieli; przekonać się, że dla mojego organizmu nie ma czegoś takiego, jak zbyt duża ilość snu i kładąc się wcześniej po prostu śpię więcej; odkryć, że zasnę nawet z żarówką wycelowaną prosto w twarz, więc tymi ekranami to nie ma się co przejmować; uświadomić sobie, że można wstać, wyjść z domu, wysikać psa na podwórku, nakarmić go i kota też – wszystko to niejako w lekkim półśnie – a potem jak gdyby nic wrócić do łóżka dospać do końca ten sen o Goslingu.

I kiedy już pogodziłam się z faktem, że jestem w tej kwestii zupełnie niereformowalna, nastąpił ten przełom, co to o nim wspominałam.

Ot, tak po prostu. Coś mi się w głowie poprzestawiało i godzina szósta rano stała się nagle moją nową 10:00. Jak z tym pomarańczowym, co to stał się nowym czarnym. No radości nie było końca, wojnę wygrałam.

I nie dość, że stałam się jedi wczesnego wstawania, to do tego okazałam się być też demonem produktywności. Jakby fakt, że zaczęłam widywać świat o porach, które dotychczas przesypiałam pompował mi w krwiobieg nadludzkie dawki chęci do ogarniania mojej własnej codzienności.

Spacerek z pieskiem o siódmej rano? Jasne. Bicie rekordów w locie na szmacie przez mieszkanie? Czemu nie. Przemalować kuchnię? Robi się. Przepłyniąć kajakiem jezioro wszerz, a potem jeszcze wzdłuż? Dawaj wiosła. Dokończyć tekst, który w bólach dziergałam przez ostatnie dwa tygodnie? Ba, dokończyć, a potem machnąć dwa kolejne. I piosenkę jeszcze, a co. W międzyczasie zdążę też przecież upiec ciasto, wyszczotkować zwierzęta, skończyć czytać książkę i przesadzić kwiatki na balkonie.

A odwieźć, a przywieźć, a zawieźć? Ja zrobię! Ja zrobię wszystko.

I tak robiłam to wszystko, napędzana endorfinowym hajem, który zapewniał mi mój nowy lajfstajl, aż zaczęłam zauważać, że coś jest bardzo, bardzo wyraźnie nie OK. Bo na przykład zorientowałam się, że z seriali oglądanych wieczorami to pamiętam jedynie czołówkę. Zauważyłam, że czytane wieczorami w łóżku książki coraz częściej lądują mi na nosie, omal go nie rozbijając. Okazało się, że nie tylko z seriali zapamiętuje wyłącznie napisy początkowe, z filmów oglądanych w kinie również.

Bo wszędzie – w samochodzie, na kanapie własnej i na kanapie znajomych, w knajpie, klubie, pozycji wertykalnej, siedzącej i horyzontalnej – zasypiam niczym nażarte i dobrze wywietrzone niemowle wraz z wybiciem godziny dwudziestej.

I gdy tak sobie o tej całej sytuacji myślę, to w trakcie tego procesu przyklejają mi się do niej w głowie dwa wspomnienia. Pierwsze książki, którą czytano mi w dzieciństwie, a której tytuł brzmiał “Raz, gdy chciałem być szlachetny”, i który na potrzeby tej historii przerabiam sobie na “Raz, gdy chciałam być produktywna”. I drugie, piosenki, która zapętlona z powodzeniem mogłaby być soundtruckiem mojego życia, bo “Znowu w życiu mi nie wyszło…”. 

No bo raz, gdy chciałam być produktywna, to się okazało, że ta produktywność wycyckuje mnie doszczętnie z wszelkich rezerw, zostawiając mi w zamian właściwość, którą z powodzeniem można by nazwać “wytrzymałością energetyczną noworodka”. I znowu – tak jakby – w życiu mi coś nie wyszło.

Więc gdyby kiedykolwiek ktoś zastanawiał się, dlaczego wieczorami bywam generalnie raczej nieuchwytna, to właśnie dlatego, że zapewne od dawna już śpię. Jak na noworodka przystało.

Do napisania!

Daria

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/wytrzymalosc-energetyczna-noworodka/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial