Okres jesiennej HIBERNACJI

Jedni jesień lubią, ja się jesieni obawiam.

Niby bywa przyjemna.

Człowiek wlewa w siebie dzięki niej hektolitry herbaty z maminym sokiem z malin, żyje mu się jakby przytulniej, bo w swetrze i pod kocem, składa mu się ta jesień w głowie z robieniem na drutach w bardzo przyjemną całość, do której idealnym tłem są serialowe tasiemce pokroju “Przyjaciół”,  ale jednak nadal – obawa pozostaje.

Obawiam się jej bo wiem, że jest podstępna.

I nieuchronnie, zaraz za pożółkłymi liśćmi i idyllą miejskich parków, czyha listopad, by zamknąć mój nastrój w kurczowym szponie smutku.

Co jesień, gdy tylko tak dramatycznie zaczyna ubywać dnia, mój organizm udowadnia mi, że jego funkcjonowanie jest wybitnie światło-zależne. Zachowuje się, jakby usiłował skupić wszelkie możliwe moce przerobowe i energię na produkcji melatoniny. Przez dodatkowe godziny zaciemnienia moja szyszynka syntetyzuje hormon snu w tempie dzikim i ilościach tak zawrotnych, że do kwietnia praktycznie hibernuje, spędzając każdą luźniejszą chwilę na pokładaniu się i regeneracyjnych drzemkach, bez których nawet trzymanie się prosto wydaje mi się być sporym wyzwaniem.

Aby sprostać popytowi na melatoninę, mój organizm produkuje ją z czego tylko może, a może – na przykład – z takiej serotoniny chociażby.

Pech chciał, że akurat jej to w okresie jesienno-zimowym łaknę jeszcze bardziej, niż tej nieszczęsnej melatoniny.

Uwielbiam serotoninę, uwielbiam kiedy mi w mózgu szaleje, uwielbiam kiedy jej cząsteczki gromadzą mi się stadnie w szczelinach synaptycznych. Lubię, kiedy jest jej tam dużo, bo wtedy zdarza się, że amplituda mojego nastroju zahacza swoim szczytem o rejony szczęścia. A kiedy mój organizm realizuje swoją jesienną strategię przetrwania i chcąc mnie skutecznie uśpić z serotoniny syntetyzuje melatoninę, to dzieje się wręcz odwrotnie – ta amplituda dobija do rejonów NIE-szczęścia.

I wtedy zaczynam być SAD – i wcale nie chodzi tu o angielski przymiotnik, a akronim.

Akronim od seasonal affective disorder, co przetłumaczyć można jako sezonowo zależne obniżenie nastroju, a znaczy to po prostu tyle, że zderzenie reakcji biochemicznych mojego mózgu z jesienną aurą skutkuje smutkiem. 

I kiedy dopadnie mnie ten listopad i ta zależna od niego anhedonia, to zaczynam sobie wówczas niesłychanie starannie hodować w głowie przekonanie, że egzystencja mi ciąży, wszelkie przejawy mojej aktywności są nędzne, a ja sama nadaję się z grubsza do niczego. Od tego mentalnego samobiczowania staję się wątła, słaba, nieodporna, przez co doganiają mnie wtedy wszystkie moje demony, traumy – tak skutecznie odpychane – wracają, lęki odżywają. I to wszystko stoi za mną. I czeka. Żeby wreszcie dopuścić każdą z moich zadr na psychice do głosu i tym samym zakopać mnie w tej rozpadlinie doła jeszcze głębiej.

Przez lata nurzałam się w tym smutku, aż w końcu stwierdziłam, że skoro mój organizm nie ma jesienią do czynienia ze szczęściem w postaci endogennej, to zaaplikuje mu takie egzogenne, narażając go na ultra-pozytywne bodźce.

Wzbiłam się na wyżyny kreatywności, żeby oszukać swój mózg.

Byłam jak ten niestrudzony kaowiec za PRLu i chciałam każdą najmniejszą jednostkę czasu wolnego spożytkować na przyjemną rozrywkę. Liczyłam, że dzięki niej w moim układzie nerwowym najpierw rozżarzy się, a potem trwale rozpanoszy iskierka entuzjazmu. Wymyślałam wypady do kina, zbiorowe eskapady na koncerty, udziały w imprezach, maratony planszówek. W przerwach pomiędzy dziką aktywnością rozrywkową postanowiłam każdy wolny moment pacyfikować robotą, tak żeby moja melancholia nie miała szansy dojść do głosu. Więc sprzątałam szafy, szorowałam fugi, malowałam ściany i ciągle przestawiałam meble.

Rezultat tych moich działań obliczonych na przegnanie doła był taki, że dół mi pozostał, tyle że z bonusem w postaci totalnego zmęczenia, przez które zaczęłam tym bardziej hibernować.

No cóż, widocznie taki mam wewnętrzny klimat.

Jesienią – dość smutny. I wyzuty z energii.

I zamiast kopać się niepotrzebnie z koniem, czas ten fakt po prostu zaakceptować i pozwolić sobie czasem być kulką nieszczęścia w panierce z kołdry, która kompulsywnie konsumuje seriale.


Do napisania!

Daria

 

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/okres-jesiennej-hibernacji/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial