Cienka granica internetowej PRYWATNOŚCI.

Mam problem. Z Internetem. Znowu.

Może wynika to z wykształcenia, jakie odebrałam, a może z faktu, że w mój sposób postrzegania rzeczywistości wdrukowano dodatkową dawkę krytycyzmu, ale za każdym razem, gdy przyglądam się temu, jak sama funkcjonuję w sieci i jak funkcjonują inni, dostrzegam w tym tylko kolejne problemy. W końcu to nie pierwszy raz, kiedy zaczynam pisać od „Mam problem z Internetem”.

Na początku tego roku wycofałam się zupełnie z Internetu. Taka akurat była sytuacja, inne rzeczy miałam w głowie. Kiedy znów odpaliłam swoje aplikacje, do wielu spraw miałam bardziej refleksyjne podejście. I jedną z takich, nad którymi zaczęłam się bardziej wnikliwie zastanawiać, była właśnie kwestia prywatności w sieci, która tym bardziej gotowała mi się na synapsach, im więcej kont blogerów parentingowych odwiedziłam (ale o tym za moment).

Może jak na człowieka Internetu hołduję nieco dziwnym przekonaniom, ale uważam, że pewnych rzeczy w Internecie nie powinno się pokazywać.

I moja polityka firmy jest w tym zakresie dość jasna, a opiera się ona na dwóch prostych zasadach:

Primo: rodziny i przyjaciół nie pokazuję. Blog to moja fanaberia, innych prywatność szanuję, bo nie pisali się na to, żeby swoje życie przelewać na Facebook’owe serwery. Jedyna prywatność jaką pogwałcam, to ta mojego kota. Ale on co rano powtarza mi, że urodził się po to, żeby zostać gwiazdą.

Secundo: domu też nie pokażę. Karierę w sieci robią jedynie trzy ściany i kawałek biurka. Reszta jest strefą prywatną i ściśle strzeżoną. Dlaczego? Dlatego, że dla mnie dom to bezpieczna skorupa, do której pełznę za każdym razem, kiedy zły i podły świat zrobi mi kuku. Jeśli zaczęłabym pokazywać ją w Internecie z przestrzeni prywatnej stałaby się przestrzenią publiczną, a co za tym idzie – przestałaby być bezpieczna.

I to wydaje mi się być podejściem zdroworozsądkowym. W końcu w Internecie niekoniecznie natkniemy się na osoby, które są miłe i cudowne. To tak naprawdę zgraja obcych ludzi, która może wyrządzić sporo krzywdy tylko dlatego, że taki akurat miała kaprys. Złudny kamuflaż z sieciowej anonimowości niejednemu dodaje odwagi do bycia podłym. Dlatego każde z użytkowników powinno wykazywać się wrodzonym sprytem i dla własnego bezpieczeństwa swoją prywatność chronić. I nie ma co z resztą o tym gadać, przecież to oczywiste.

Okazuje się, że jednak niekoniecznie.

Ja naprawdę nieraz przeglądając Internet cierpnę. Bo dopóki obnoszenie się z prywatą po internetowych portalach dotyczy ludzi dorosłych, którzy czują się z tym komfortowo, to niechaj im serwery przyjazne będą, mnie nic do tego. Ale jednej rzeczy zrozumieć nie potrafię – pokazywania w sieci własnych dzieci. Zwłaszcza na kontach rodziców, przez które codziennie przewijają się setki kolejnych osób, bo mamusia jest poczytną blogerką, a tatuś popularnym vlogerem.

Decyzję o pojawianiu się w sieci i epatowaniu własnym wizerunkiem każdy powinien podjąć sam. To w końcu może mieć różne konsekwencje, wypadałoby być świadomym, że sprawy potoczyć mogą się w stronę hejtu, czy innych nieprzyjemnych zachowań i dbać o własne zasoby psychiczne, żeby w razie czego umieć poradzić sobie z internetową agresją. Tylko jak taką decyzję podjąć ma młody człowiek, który jeszcze dobrze nie nauczył się mówić?

Zawsze zastanawiam się, co się stanie, kiedy takie dziecko pójdzie do szkoły, dorośnie. Ile żalu i pretensji może mieć wtedy do rodziców. Rówieśnicy potrafią być okrutni i radzą sobie świetnie z rujnowaniem zdrowia psychicznego innych dzieciaków nawet bez wykopanych z archiwum YouTube’a filmów, na których mama zmienia komuś pieluchę.

Jednak jako blogerzy jesteśmy niejako zmuszeni do mentalnego ekshibicjonizmu.

Taka specyfika tej roboty. Teksty pozbawione osobistej perspektywy pisze się trudno, a bez Instagrama nie istniejemy. Co w głowie, to w edytorze tekstu, a co w życiu, to na zdjęciu. Poza tym w Internecie istnieje spory popyt na to, żeby ludziom tłumaczyć jak żyć i kto szybciej to skuma, tego statystyki zaczną błyszczeć czystą popularnością. Więc niejako sprzedajemy naszą prywatność, bo to po prostu nam się opłaca.

I to jest chyba jeden z większych dylematów przy tego typu działalności. Bo ciężko restrykcyjnie bronić własnej prywatności, jeśli od niej zależy twój zawodowy byt.

Zastanawia mnie tylko czasem, czy innym blogerom też czasem zaczyna przeszkadzać ilość porozrzucanej po różnych portalach prywaty. Czy czują się zmęczeni ilością przekazanych o sobie informacji.

Mnie w głowie czerwona dioda zaczęła migać w momencie, kiedy zeszłego lata rozmawiałam ze znajomą i na to, co jej opowiadałam, ona zareagowała słowami „Wiem, czytałam”, mając na myśli oczywiście to, co nawypisywałam i co pokazałam w Internecie. Ta sytuacja zostawiła mnie z poczuciem ogromnego niesmaku. Bo czułam, że moje życie online zaczęło z butami wchodzić w to offline.

I że na potrzeby sieci sponiewierałam swoją prywatność.

Tak się poczułam. A dlaczego? Dlatego, że trochę za dużo kłapałam na Instagramie o swoim prywatnym życiu. O kilka informacji za dużo puściłam w internetowy eter. Już samo to wywołało u mnie dyskomfort. I poczucie, że przekroczyłam granicę, za którą nie chciałam się znaleźć.

Do napisania!

Daria

 

 

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/cienka-granica-internetowej-prywatnosci/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial