Zabiegi kosmetyczne, które robią różnicę.

Brakuje mi tematów kosmetycznych na blogu.

Kiedyś takie wpisy pojawiały się tu częściej, a ja miałam sporo frajdy z ich pisania. Dlatego też postanowiłam odkurzyć nieco tę urodową tematykę zarówno tu na blogu – o czym za moment – jak i na Instagramie, gdzie kwestie kosmetyczne zaczęły być ostatnio bardziej widoczne za sprawą publikowanych tam co miesiąc ulubieńców. Format zerżnięty z YouTube’a, więc zapewne doskonale Wam znany. Jeśli chcecie sprawdzić co aktualnie polecam, zaglądacie na mój profil, klikacie w wyróżnionych relacjach na kółeczko nazwane „ULUBIEŃCY” i tam sobie szperacie.

A dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o kilku gadżetach/zabiegach, które możecie wykonywać w domu, które są turbo proste, turbo skuteczne i które naprawdę robią różnicę.

No więc po pierwsze:


Szczotkowanie ciała na sucho.


Szczotką z naturalnego włosia, do kupienia w drogerii za kilkanaście złotych.

Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałam, wydało mi się to straszną bzdurą – bo o szczotkowaniu ciała na sucho opowiedziano mi w kontekście oczyszczania organizmu, odprowadzania z niego toksyn i podobnych bzdetów. Niezbyt mnie takie klimaty jarają, plułam na to. Jednak potem okazało się, że taka szczotka jest też świetną alternatywą dla peelingu do ciała – i w tym momencie byłam kupiona.

Bo odkąd Lirene przestało kilka lat temu produkować mój ulubiony peeling, przeszłam prosto od etapu napakowanych parafiną syfów do etapu kompletnej frustracji. Miałam krótki romans z peelingami kawowymi, ale dostawałam dzikiej furii za każdym razem, kiedy patrzyłam na to, jaki bajzel zostaje po nich pod prysznicem. W efekcie peelingu nie używałam wcale, a na mojej skórze zaczęły się przez to pojawiać różne niezbyt estetyczne cuda, bo moje ciało stale udowadnia mi, że jest w stanie zmusić każdy włos do wrastania. A o rogowaceniu okołomieszkowym nawet nie wspomnę.

I remedium na to wszystko okazało się właśnie szczotkowanie ciała na sucho.

Robię to codziennie przed prysznicem, szczotkuję się mniej więcej z pięć minut, skupiając się głównie na ramionach i nogach. Tak szczerze – na początku to boli. Ale po pewnym czasie idzie się przyzwyczaić.

Efekty są bajeczne: skóra jest gładsza i lepiej wygląda. A najbardziej szczotkowanie ciała na sucho lubię za to, że pozwala mi realizować moją ostatnio ulubioną zasadę pielęgnacyjną: maximum korzyści przy minimum wysiłku. Ale oczywiście jest haczyk – trzeba to robić regularnie.


Szczotkowanie włosów szczotką z dobrą jonizacją.


Na początku tego roku włosy zaczęły wypadać mi garściami. Tak mój organizm reaguje na silny stres. Sytuacja nieco mnie martwiła, ale nie aż tak, żeby coś z tym zrobić. Za to moja mama postanowiła coś z tym zrobić i za radą fryzjera wcisnęła mi tę szczotkę siłą. A ja jako człowiek z natury wątpiący, ani jej, ani jemu uwierzyć nie chciałam, bo obiecywane przez nich spektakularne działanie szczotki wydawało mi się okropną bzdurą.

Ale skoro dawali, to wzięłam. I skoro fajnie drapało po głowie, to używałam.

I się zaskoczyłam.

Bo taka szczotka robi różnicę. Zwłaszcza, jeśli ma się wysokoporowate włosy. A musicie wiedzieć, że mi od matki natury w pakiecie podstawowym dostały się włosy kręcone, więc jest z czym walczyć.

Do tej pory nic nie było w stanie tak moich włosów wygładzić, okiełznać ich, kiedy zaczynają się puszyć od wilgoci i sprawić, żeby aż tak się błyszczały. No zachwycona jestem po prostu! Zwłaszcza ogarnieniem tego puszenia – nawet jeśli zdarzy mi się taka wpadka i wyglądam jak pudel na wystawie psów rasowych, wystarczy że poczesze te włosy przez kilka minut i problem się rozwiązuje. A do tej pory jedynym rozwiązaniem było wsadzenie głowy pod kran i modelowanie ich od nowa.

Dzięki tej szczotce zaczęłam też częściej, regularniej i dłużej szczotkować włosy. Tak, jak za dzieciaka szczotkować włosy uczyła mnie mama, więc mam do tego zabiegu bardzo sentymentalny stosunek. Zazwyczaj biorę do ręki tę szczotkę podczas moich wieczornych randek z Netflixem i w trakcie jednego z odcinków czeszę włosy i masuję sobie nią skórę głowy.

Szczotka, której używam to płaska, ceramiczna szczotka z Moroccanoil, do kupienia w Internecie i w salonach fryzjerskich. Cena to około 70 złotych.


Używanie kremu do biustu.


Zdziwieni?

Ja też długo nie mogłam zrozumieć zasadności produkowania specjalnego kremu do tej części ciała. Przecież tę samą robotę robi zwykły balsam.

I szczerze? Dalej tego nie rozumiem.

Ale ten kosmetyk jest dla mnie doskonałym pretekstem – do codziennego poświęcania uwagi moim piersiom, do monitorowania, czy wszystko jest z nimi OK.

Bo to taki dobry, prewencyjny nawyk. Codziennie wyciągam ten krem z szafki i dzięki niemu mam kilka chwil na to, żeby skupić się tylko na piersiach. Móc je dotknąć, obejrzeć, sprawdzić. Mieć nad nimi kontrolę. A w dalszej perspektywie – móc zareagować, jeżeli zauważę jakąś zmianę.

O profilaktyce kobiecych nowotworów młodym dziewczynom się nie mówi. Temat wypływa zazwyczaj dopiero w okolicach trzydziestki i to wtedy zaczynamy myśleć o mammografiach, regularnych cytologiach, czy o chociażby prostym USG piersi. A ja uważam, że o zdrowiu warto myśleć w każdym wieku – bo w końcu od prewencji wtórnej lepsza jest ta pierwotna – i dlatego się macam.

A o tym, żebym nie zapomniała się macać, przypomina mi ten krem.


Depilacja światłem (IPL).


To urządzenie jest drogie. Ale jest też warte każdej złotówki, którą trzeba na nie wydać.

Jak działa? Depilator emituje intensywną wiązkę światła, które w kontakcie ze skórą przekształca się w energię cieplną, a ta następnie wychwytuje barwnik włosa (melaninę) znajdujący się w cebulce. Pod wpływem wysokiej temperatury cebulka jest niszczona.

Co tu dużo mówić – ja je po prostu kocham. Kocham je, bo dzięki niemu zamiast codziennie użerać się z goleniem nóg, mogę na tydzień o nim zapomnieć i przy okazji nie straszyć szczeciną na łydkach. A ja tak nie cierpię co rano wymachiwać tą golarką, że jestem gotowa czcić wszystko, co uwolni mnie od tej męczącej konieczności.

Jednak musimy sobie wyjaśnić kilka rzeczy.

Żeby ten depilator działał, trzeba mieć jasną skórę i ciemne włosy. Im większy kontrast, tym lepsze efekty. Inaczej – nie ma sensu nawet rozważać jego kupna. Obiecywane na ulotce 8 tygodni to bzdura. Brak bólu to też bzdura. Boli jak cholera, zwłaszcza w okolicach bikini. Nie dajcie się też nabrać, że ten zabieg można zrobić w 15 minut. W 15 minut to zrobicie sobie jedną łydkę. I rozładujecie baterię. A resztę dokończycie depilować dnia następnego. I jeszcze jedno – nie na wszystkich partiach ciała to urządzenie jest tak samo skuteczne. U mnie na włosy na nogach działa jak złoto, a na te pod pachami nie działa wcale.

Podsumowując – nie tylko wysoka cena może być wadą tego depilatora.

Ale mnie naprawdę dobija, jak bezcelowa, bo krótkotrwała jest większość zabiegów, które sobie na co dzień wykonujemy. Wykonujemy – wkładając w to czas i wysiłek – bo chcemy czuć się ze sobą dobrze i czuć się atrakcyjne. I robimy to tylko po to, żeby po kilku dniach okazało się, że całą zabawę trzeba zaczynać od nowa, bo włosy już nie takie czyste, bo manicure odprysnął, bo wypadałoby znowu ogolić nogi.

Więc jeżeli istnieje urządzenie, które da mi komfort nie myślenia codziennie o ogarnianiu własnego ciała, to ja bardzo chętnie zapłacę za ten komfort.


A Wy czego fajnego ostatnio używałyście?

Do napisania!

Daria

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/zabiegi-kosmetyczne-ktore-robia-roznice/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial