POP-KULTURALNI ULUBIEŃCY OSTATNICH MIESIĘCY VOL.1

*Jak zapewne zauważyliście, niewiele w przeciągu kilku ostatnich miesięcy pojawiało się na blogu. 
Stało się tak głównie dlatego, że w moim prywatnym życiu wydarzyły się w tym czasie rzeczy na tyle ważne, że funkcjonowanie na łamach Internetu zupełnie przestało być dla mnie istotne i zjechało na sam koniec listy moich priorytetów.
Ten tekst miał zostać opublikowany w styczniu. Nie mogłam dokończyć go wtedy, zrobiłam to teraz i postanowiłam dać go wam do przeczytania w dokładnie takiej formie, w jakiej te kilka miesięcy temu zaczęłam go pisać. Z tą tylko różnicą, że postanowiłam oszczędzić wam czytania trzech i pół tysiąca słów za jednym posiedzeniem, dzieląc tekst na dwie części. 

Ludzie różnie reagują na Nowy Rok – jedni robią podsumowania poprzedniego, inni spisują postanowienia. A jeśli do tego są jeszcze blogerami, to zazwyczaj te noworoczne rozważania materializują się w Internecie pod postacią okolicznościowej notki. Jak dla mnie – to za dużo zbędnej prywaty. Ale podpatrzyłam u kolegów po fachu pewien inny format, który postanowiłam wykorzystać u siebie – ulubieńców. Bo ja miniony rok przemyślałam sobie ostatnio pod kątem tego, jak spędzałam przez tych dwanaście miesięcy wolny czas – co ciekawego obejrzałam, co dobrego czytałam, w co grałam, czego słuchałam. Z tego wszystkiego wyłuskałam to, co najlepsze i o tym właśnie będziecie mogli zaraz przeczytać – o moich pop-kulturalnych ulubieńcach zeszłego roku.

Dwa lata temu na blogu pojawił się podobny tekst, a o tym, co wtedy czytałam, oglądałam i polecałam, możecie przeczytać tu: POP-KULTURALNI ULUBIEŃCY 2015 ROKU

Tyle słowiem wstępu, czas przejść do konkretów, w końcu przede mną dzisiaj arcy ważna misja zmarnowania wam połowy życia serialowo-filmowymi używkami. To co, zaczynamy?


SERIALE


Miniony rok był dla mnie rokiem seriali. Miałam wręcz tragiczną serialo-fazę i spędziłam wiele godzin w czułych objęciach z Netflixem i iPadem. I ten symbiotyczny związek zaowocował miłością do kilku produkcji, które czuję się w obowiązku niniejszym wam polecić.

Przede wszystkim w zeszłym roku odkryłam Doctora Who, który z miejsca stał się dla mnie jednym z ulubionych seriali. Zresztą nie mogło być inaczej, w końcu to produkcja science-fiction (do tego brytyjska, więc tym bardziej dla mnie interesująca), a to – obok tematyki kryminalnej – moje ulubione serialowe klimaty. W tym serialu najbardziej fenomenalne jest to, że kręcony jest od przeszło 50 (!) lat. Główny bohater został tak pomyślany, że co pewien czas zmienia postać, dzięki czemu mogą się w niego wcielać kolejni aktorzy. Fabuła mniej więcej jest taka, że tytułowy Doktor, kosmita, w swoim statku zwanym Tardis wraz ze swoimi towarzyszami podróżuje w czasie i przestrzeni. Brzmi jak opis serialu dla dzieciaków i poniekąd taki właśnie Doctor Who jest, ale gwarantuje, że wciągniecie się w historie z kolejnych odcinków nawet, jeśli już dawno granicę pełnoletności przekroczyliście. Ja ten serial oglądam dość specyficznie, bo moim ulubionym Doktorem jest ten Jedenasty, grany przez Matt’a Smith’a, przez co w kółko oglądam tylko trzy serie.

Kolejnym serialem, jaki chcę tu dzisiaj polecić jest Stranger Things. Lubię ten serial za klimat, za dobry scenariusz i doskonałą realizację. Tyle, więcej pisać nie trzeba, ten serial broni się sam.

Moją absolutną serialową miłością zeszłego roku jest Jane The Virgin. Serial opowiada o młodej dziewczynie, która przypadkowo zostaje sztucznie zapłodniona. I jakby już to nie brzmiało dla was wystarczająco kuriozalnie musicie wiedzieć, że Jane do tego jest jeszcze dziewicą – ten tytuł w końcu nie wziął się znikąd. Tak więc mamy ciężarną dziewicę, do tego ojca dziecka – hotelarza playboya, ojca głównej bohaterki – gwiazdę telenowel, zazdrosne byłe żony, kilku niereformowalnych Czechów, niestabilne emocjonalnie lekarki i na dokładkę jeszcze pokaźną bandę różnych zbirów. Dzieje się, powiecie? A no, dzieje – w końcu to telenowela!

Kocham, polecam i generalnie #teamRogelio FOREVER ❤

W The Good Place niesłychanie podoba mi się stworzony przez scenarzystów koncept życia po śmierci. Bo to dla mnie brzmi całkiem fair. Bez zbędnego zamieszania natury teologicznej, suma wszystkich twoich uczynków decyduje o tym, gdzie trafisz, a opcje są dwie: Dobre Miejsce, gdzie czekają cię cud, miód i przyjemności, albo Złe Miejsce, gdzie po wsze czasy dręczyć cię będą specjalnie wykwalifikowane w tym celu demony. Jeszcze za ciekawie nie brzmi, ale uważajcie – bo co stanie się, jeśli system zawiedzie i do Dobrego Miejsca trafi osoba, która wcale nie powinna tam być? A zrobi wszystko, żeby zostać?

Zanim zaczniecie oglądać, drobna uwaga: sezon pierwszy jest o wiele lepszy od drugiego. Serial jest fajny, króciutki, idealny do myknięcia w jedno, wyjątkowo deszczowe i marne popołudnie.

Chciałam też wspomnieć o That’s 70’s Show, amerykańskim sit-com’ie, który pokolenie Comedy Central zapewne doskonale kojarzy. Lubię takie tasiemce, bardzo odpowiada mi typ humoru, jaki w tym serialu się pojawia i jestem ogromną fanką głupoty Michaela Kelso, jednego z bohaterów. Poza tym lubię mieć w zanadrzu taki niezobowiązujący serial, gdzie fabuła nie jest zbyt skomplikowana, nie trzeba się nad nią za bardzo skupiać, żeby połapać się, o co biega i który można swobodnie oglądać, zajmując się przy okazji czymś innym – gotowaniem, sprzątaniem, czy suszeniem włosów.

Bardzo przypadło mi ostatnio też do gustu kilka seriali, które są adaptacjami książek. Po pierwsze Opowieść podręcznej, ale o tym na blogu już rozmawialiśmy, zaglądnijcie o tu. Obejrzyjcie też koniecznie Toma Hiddlestona jako Nocnego recepcjonistę i wyprodukowane przez HBO Wielkie kłamstewka, które w swojej serialowej wersji na głowę biją tę książkową (co się bardzo rzadko zdarza!).

Czym Seria niefortunnych zdarzeń jest zapewne tłumaczyć wam nie muszę. Jedyne, co musicie wiedzieć, to to, że Netflix zrobił adaptację tej książkowej serii i zrobił ją bardzo dobrze. Ona nie rozczarowuje pod żadnym względem – świetna jest fabuła, estetyka, świetny ten serial ma klimat, trzyma w napięciu, przeraża głupotą kolejnych dorosłych, których rodzeństwo Baudelaire’ów spotyka na swojej drodze, jest wierny oryginalnej, książkowej historii, co osobiście w adaptacjach cenię najbardziej. Lubię ten serial do tego stopnia, że każdą z serii oglądałam już kilkukrotnie.

Kolejną z świetnych produkcji Netflixa jest The Crown, serial o brytyjskiej rodzinie królewskiej. Ciężko się w ten serial nie wciągnąć, w końcu kto nie chciałby przekonać się, jak wygląda prywatne życie Elżbiety II i popodglądać pałac Buckingham od kulis. Plus solidna dawka historii, polityki najwyższego szczebla i przegląd najważniejszych wydarzeń poprzedniego stulecia. Poza tym księcia Filipa gra tu mój ulubiony Jedenasty Doktor.

Wiecie za co lubię Netflixa? Za robienie seriali o tych aspektach rzeczywistości, które zazwyczaj w społeczeństwie są tabuizowane i spychane na margines zainteresowania. Jak chociażby potrzeby i seksualność dorastających osób ze spektrum autystycznym, bo o tym właśnie jest Atypowy. O tym i o codzienności, funkcjonowaniu i problemach zarówno Sama – głównego bohatera – jak i jego rodziny. Lubię ten serial za to, że dotyka tych wszystkich kwestii z należytą powagą, a przy tym bywa zabawny i jest przyjemny w odbiorze. Mądrze otwiera widzom głowy na kwestie, których dotychczas mogli nie być świadomi.

“Anię z Zielonego Wzgórza” próbowała czytać mi mama, kiedy byłam mała i wtedy okazałam się być zupełnie na tę historię obojętna. Widać, musiałam do niej dorosnąć, bo serialowa wersja jej przygód (Ania, nie Anna do obejrzenia na Netflixie) sprawiła, że z każdym odcinkiem czułam się coraz bardziej wytarmoszona emocjonalnie, bo tak jej historia we mnie rezonowała, tak mnie wzruszała. Bo to historia piękna i mądra. O wyjątkowej dziewczynce, która o wiele za dużo w życiu przeszła, ale trafia w końcu na ludzi, którzy są gotowi dać jej miłość i opiekę, choć sami się tego nie spodziewali. Ten serial jest tak zrobiony, że ryczałam po każdym odcinku. Polecam, jeśli chcecie pielęgnować w sobie emocjonalną wrażliwość.

I oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć o tym, że wciąż uwielbiam Game of Thrones, ale to zapewne nie jest dla was absolutnie żadnym zaskoczeniem, jeśli czytacie mnie już od jakiegoś czasu. Nadal polecam wam też wszystko to, o czym pisałam w tekście Co warto obejrzeć na Netflixie.


STAND-UPy


Jak już na blogu pisałam, w zeszłym roku wciągnęłam się w dwie rzeczy – oglądanie stand-upów i czytanie biografii.

Moja miłość do stand-upów zaczęła się od Amy Schumer. Pamiętam, że kiedy oglądałam ją po raz pierwszy nie mogłam otrząsnąć się z szoku (a nawet i lekkiego zażenowania), że potrafi wyjść na scenę i przed tyloma ludźmi bezlitośnie naigrywać się z tak intymnych szczegółów z własnego życia. Ale po pewnym czasie, kiedy przywykłam już do tego pojawiającego się w występach amerykańskich komików poziomu brutalnej szczerości, nie potrafię wyobrazić sobie lepszego sposobu na momentalne wywołanie u siebie dobrego humoru.

Stand-up jest nie tylko specyficzną formą komedii, ale jest też pożytecznym sposobem rozładowywania większości społeczno-politycznych kwestii zapalnych, takich chociażby jak szczepionki, Trump, rasizm, dyskryminacja, czy wychowywanie dzieci.

Bezkresną kopalnią stand-up’u jest Netflix, za co kocham go tym bardziej. Polecam wam oglądanie Amy Schumer, obłędna jest też Sarah Silvermann, obie poruszają się po podobnych obszarach tematycznych. Uwielbiam Ali Wong, choć twierdzi, że feminizm to najgorsze, co spotkało kobiety (ale im jestem starsza i im więcej mam obowiązków, tym jej argumentacja jakby bardziej do mnie trafia…). Obejrzyjcie sobie też występ Lynne Koplitz, która mówi o byciu hormonalną bestią i o tym, że macierzyństwo to tak właściwie tylko ciągłe wożenie niewdzięcznych ludzi. Lubię oglądać też Jack’a Whitehall’a, który opowiada o tym, jak to fajnie jest być bezrobotnym brytyjskim aktorem w Stanach. Nie mogłabym nie polecić wam też Fluffy’ego, bo z Gabrielem Iglesiasem mamy jakby pewną wspólnotę doświadczeń – ja też bardzo często muszę przepraszać ludzi za to, co powiedziałam, kiedy byłam głodna. Fajną sprawą jest też serial “The Stand Ups”, kilku z występujących w nim komików absolutnie wymiata. Koniecznie też posłuchajcie, co w swoich programach opowiada Chris D’elia – ja go osobiście uwielbiam nieziemsko, głównie za turbo cyniczny stosunek do rzeczywistości.

Większość z tych programów komediowych oglądałam tyle razy, że znam je już na pamięć. Więc jeśli w przyszłości moje dzieci (albo – co bardziej prawdopodobne – moje koty) zapytają mnie, jak nauczyłam się płynnie mówić po angielsku, to bardzo niewychowawczo, ale szczerze odpowiem, że zawdzięczam to filmom beauty na YouTube’ie i amerykańskiemu stand-up’owi.


FILMY


Filmy, o których chcę wam dzisiaj opowiedzieć, swobodnie można by było wrzucić do dwóch podkategorii. Pierwsza z nich utrzymana jest w duchu “Girl Power” i nieco trąci feminizmem, bo to głównie historie o świetnych kobietach, które warto poznać. Druga podkategoria natomiast uświadomiła mi, że najwyraźniej jestem czternastolatkiem uwięzionym w ciele dorosłej kobiety, bo tylko w ten sposób można racjonalnie wytłumaczyć moje uwielbienie dla produkcji Marvela. Ale do rzeczy.

Filmem, który najbardziej mną wstrząsnął w ostatnim czasie, był Azyl. To historia Antoniny Żabińskiej, kobiety, która w momencie wybuchu II wojny światowej wraz z mężem prowadziła warszawskie zoo, a w trakcie okupacji pomagała ludziom wydostać się z getta, ukrywając ich w swoim domu. Film jest brutalny, jak każdy, który opowiada o tym, co działo się w naszym kraju w trakcie wojny, ale on poturbował mnie psychicznie z jeszcze innego powodu. Mam w sobie niesłychanie dużo empatii, miłości w stosunku do zwierząt i oglądanie tego, co działo się z nimi, w momencie, kiedy naziści wkroczyli do Warszawy, to było dla mnie za wiele. Twórcy tego filmu się nie patyczkują – pokazują kompleksowy przekrój przez ogrom krzywdy wszystkich niewinnych osób, cierpiących przez chore ambicje jednego człowieka. Cieszę się, że ten film powstał, bo w Polsce o Antoninie Żabińskiej się nie mówi, o wiele bardziej doceniana jest na Zachodzie, mam nadzieję, że dzięki “Azylowi” się to zmieni.

Polecam wam też film Ukryte działania – o trzech Afroamerykankach, żywych komputerach, genialnych matematyczkach, które pracując dla NASA, pomogły wysłać człowieka w kosmos, zmagając się przy tym z dyskryminacją rasową i płciową. Ten film jest świetny.

Po obejrzeniu Sztuki Kochania Sadowskiej Wisłocką uwielbiałam i podziwiałam. Po przeczytaniu jej biografii trochę jej obraz mi się sprał, a odczucia stały ciut ambiwalentne. Niemniej nadal uważam, że ten film obejrzeć warto. Bo to historia o kobiecie, która wiele musiała w swoim życiu znieść, wiele poświęcić i mocno rozpychać się łokciami, żeby w opór komunistycznej władzy edukować Polaków o tym, co dotyczy każdego z nas, o seksie. I to jest wręcz niewyobrażalnie smutne, że kobieta, dzięki której tak wiele miłości rozkwitło, sama jej w pełni nigdy nie zaznała. Obejrzyjcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, mówię wam.

Wiecie co jest fajniejsze od superbohaterów? Kobieta-superbohater! Dla Wonder-Woman zaczęłam zdradzać Marvela z DC. I nie żałuję. Dla mnie Wonder-Woman to po prostu synonim #girlpower

Ostatni z filmów, które chcę wam tutaj polecić może nie jest aż tak ważny i poważny, jak poprzednie, ale jest to film, na którym będąc w kinie niesamowicie dobrze się bawiłam. Dawno nic nie rozśmieszyło mnie tak, jak Babskie wakacje. Chichrałam się na tym filmie jak wściekła i nie byłam w tym odosobniona – a skoro cała sala pokłada się ze śmiechu, to może znaczyć tylko jedno: film jest dobry. Więc jeśli szukacie komedii, która was rozbawi, to obejrzyjcie moją ukochaną Amy Schumer, która na ekranie pojawia się w duecie z Goldie Hawn i razem jako matka i córka próbują uciec przez amazońską dżunglę kartelowi narkotykowemu.

A skoro porozmawialiśmy już o poważnych sprawach, to teraz przejdźmy do Marvela i produkcji o superbohaterach. Które kocham prawie tak samo, jak Netflixa. I moje koty.

Wcześniej Spider-man mnie nie kręcił, ale za sprawą filmu Spider-man Homecoming i Toma Hollanda kręcić mnie zaczął. I jeśli chodzi o zeszłoroczne produkcje Marvela, to ta była moją ulubioną. Ta i Thor Ragnarok – który jest najlepszy i najśmieszniejszy z całej trylogii filmów o nordyckim bogu.

A ponieważ jestem fanką Gwiezdnych Wojen, to w tym momencie chciałam zaznaczyć, że Star Wars: The Last Jedi podobało mi się bardzo. Zwłaszcza podobały mi się te zwierzątka, które próbowały zamieszkać na Chewbacce i lodowe liski, bo jestem zwierzolubnie niepoprawna.

I na koniec jeszcze film, na punkcie którego mam regularną obsesję. The Rocky Horror Picture Show jest dosyć osobliwy i wybitnie nietuzinkowy. Choć wydaje się być parodią, to tak naprawdę ten film to hołd, jaki jego twórcy złożyli filmom fantasy i sci-fi z lat ’80 oraz horrorom klasy B. I jeśli to połączenie jeszcze nie wydaje się wam być wystarczająco egzotyczne to musicie wiedzieć, że ten film to musical. Co więcej – jest uważany za kultowy, co niezmiennie mnie dziwi, bo poziom absurdu w tym filmie nie raz zmusił mnie do zbierania szczęki z podłogi. Jednak pomimo tego, że ta historia zupełnie nie daje się ogarnąć moim zasobom poznawczym, żywię w stosunku do niej same ciepłe uczucia. Polecam głównie w formie kinematograficznego eksperymentu. Bardzo lubię soundtruck z tego filmu.


CZĘŚĆ DRUGA: POP-KULTURALNI ULUBIEŃCY OSTATNICH MIESIĘCY VOL.2

Ja wiem, że seriale i filmy to temat gorący, więc zachęcam was niniejszy do podzielenia się w komentarzach waszymi ulubieńcami – może napiszcie mi o waszej złotej trójce, trzech najlepszych serialach/filmach, jakie oglądaliście w ostatnim czasie.

Do napisania!

Daria

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/pop-kulturalni-ulubiency-2017-roku/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial