Feministki to kozy wszystkich spotkań towarzyskich.

Coś do mnie ostatnio dotarło. Nie jestem już tak anonimowa, jak mi się do tej pory wydawało. No wiecie – o blogu mówię. Ludzie to CZYTAJĄ. Czytają to, co ja napiszę. Niby robię to już od trzech lat, mogłabym się spodziewać, że ten moment w końcu – choć z opóźnieniem – nadejdzie, ale i tak jestem w szoku. Bo nie zagląda tu już tylko moja mama, pies i chłopak. Zaglądają tu ludzie. I jest ich całkiem sporo.

A wiecie co jest w tym wszystkim najbardziej zatrważająco/fascynujące? Nie czytają mnie tylko Internauci, czyli pewne niezidentyfikowane i nienamacalne byty, galopujące po serwerach. Czytają mnie też ludzie, których spotykam.

I to jest kosmos.

Bo reakcji na żywo to ja się chyba nigdy nie spodziewałam. Moja fobia społeczna zupełnie nie jest przygotowana na taki obrót wypadków. Kiedy ktoś mówi mi, że czyta te wszystkie bzdury, które wypisuję w Internecie, to momentalnie się zapowietrzam i nie wiem, jak zareagować. No nie wiem – zacząć się cieszyć, czy może jednak tłumaczyć? I potem z tej niewiedzy – i z tego zaskoczenia – na twarzy wyskakuje mi jakiś taki krzywy grymas, zaczynam stękać i brzęczeć coś pod nosem, po czym zażenowana całą tą szopką, którą właśnie odstawiłam, mam ochotę się zdematerializować.

Ale pomijając już te dygresje o życiu blogera-introwertyka, chciałabym dzisiaj opowiedzieć wam, co jest pewną naturalną konsekwencją spotykania ludzi, którzy kiedyś choćby przez moment pokręcili się po moim blogu.

Tą konsekwencją jest BOMBA „F”.

Już tłumaczę, czym ona jest. Jako bloger uprawiam w sieci mentalny ekshibicjonizm, przez co jak osioł lęki, tak ja poglądy noszę niczym odzież wierzchnią. I kto mnie czyta, ten już nawet nie musi za bardzo mnie poznawać, bo doskonale wie, z czym będzie musiał się użerać. I jak pokazują statystyki, które zmyśliłam na potrzeby tego wpisu, w 84% rozmów, w których uczestniczę, wcześniej czy później ktoś zrzuci bombę „F”:

„O, bo ty jesteś feministką”

„Nasza feministka się odezwała”

I w tym momencie muszę się wam do czegoś przyznać – nic mnie tak nie bawi, jak bomba „F”.

Bo w gruncie rzeczy to, jak społeczeństwo reaguje na feministki jest całkiem zabawne. No wiecie, dla większości ludzi jesteśmy jak takie kozy – kiedy na nie popatrzysz, to wydają się urocze, ale zaraz orientujesz się, że lekko cuchną i w tym momencie już zupełnie nie wiesz, co z nimi zrobić. I dokładnie to samo dzieje się z feministkami, kiedy już wypełzniemy ze swoich wyemancypowanych norek i mamy ochotę pospędzać czas w towarzystwie innych ludzi. Bo feminizm to taka fanaberia. Bo to tak, jakby przyznać się, że w każde czwartkowe popołudnie lubisz iść sobie do lasu porozmawiać z trzecią brzózką na lewo od ścieżki.

Niby nieszkodliwe, a jednak dziwaczne hobby.

Feminizm to generalnie problem. Niezrozumiałe to to, wymyka się temu, co zwykło się myśleć o kobietach w naszych warunkach kulturowych i zupełnie nie jest sexy. Zwłaszcza dla kobiet – feminizm nie jest sexy.

No bo kim są feministki? Przecież to frustrowane, samotne, złośliwe i nieatrakcyjne baby, które nienawidzą facetów. Szczeka to dużo, kłóci się publicznie i ma niepopularne poglądy. Większość kobiet nawet stanąć koło takiej nie chce, bo jeszcze przeskoczą na nie te tendencje jak wszy, pójdzie fama w świat, ludzie pomyślą, że zmieniły drużynę, że teraz będą biegać z napisem „GIRL POWER” na czole i wtedy to już koniec – ad usranum mordum zero pukania. Czy tam bzykania. Czy jakiego tam jeszcze używacie eufemizmu do opowiadania o seksie.

Kiedy byłam młodsza, a poglądy w mojej głowie leżały sobie jeszcze spokojnie na poduszce naiwności, to było mi przykro. Zwłaszcza, kiedy widziałam, jak na hasło „feminizm” reagują kobiety. Zastanawiałam się, dlaczego nie widzą, że to najlepsze, co nas spotkało. Że przecież musimy być solidarne i walczyć o to, żeby już nikt nas nie dyskryminował. No przecież gdyby nie feministki, to o udziale w wyborach, czy studiach nie byłoby mowy. Dalej traktowano by nas tak samo – jak ozdoby, albo tanią i oczywistą siłę roboczą. Od tego mojego idealizmu aż się gotowałam i byłam zła, kiedy widziałam, co się dzieje.

Ale teraz już nie jestem zła. Nie jest mi nawet przykro. I chociaż nadal uważam, że nie ma alternatywy dla bycia feministką (nie można być nie-feministką, można co najwyżej opowiadać głupoty) to już mnie to tak nie bulwersuje. Bo na tym chyba polega dorosłość. W pewnym momencie naturalną reakcją – pulsującą w mózgu jak czerwona dioda – na cudzie reakcje na feminizm jest „WHAT EVER”. A że już kręcimy się dzisiaj po tych około-zwierzęcych porównaniach to podsumuję to tak: no kopać się z koniem nie będę w tej kwestii.

Ale bomba „F” nadal mnie bawi. I mogę być kozą, nie przeszkadza mi to.

Do napisania!

Daria

JEŚLI SPODOBAŁ CI SIĘ TEN POST, TO POPCHNIJ GO DALEJ W INTERNET I UDOSTĘPNIJ

👇🏻

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/feministki-kozy-wszystkich-spotkan-towarzyskich/
Twitter
  • Fajnie mi się czytało. Faktycznie słowo feministka otrzymało z czasem dużo złego nacechowania. I przykre to jest. Dla wielu feministki to kobiety w spodniach goniące mężów do garów. Ale pomyśl, że ktoś wyskakuje z hasłem „A bo Ty jesteś feministką”, gdy już mu brakuje argumentów i nie ma jak uciąć tematu…

    • Kiedy taki argument pada, a człowiek próbuje polemizować, to wychodzi na pyskatą 😉 I potem kolejna cegiełka do negatywnego stereotypu feministki gotowa

SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial