Pomysł na weekend: GDAŃSK

Tradycji musi stać się za dość – ilekroć opuszczam rodzime podwórko na Spódnicach pojawia się wpis podróżny. Kolejna już kartka z wakacyjnego pamiętnika, kolejne migawki z podróży, które cieszyć będą moje oko i serce za każdym razem, gdy najdzie mnie ochota na wspominki.

Tym razem na celowniku Gdańsk, w którym z okazji koncertu Justina Timberlake’a zabawiliśmy z Lubym przez parę dni. Z nadmorskimi okolicami jestem na bakier, a tenże stan rzeczy ma jakże prozaiczną przyczynę – rokrocznie kategorycznie odmawiałam wyjazdów nad morze, narażając bliskich na pożarcie żywcem przez krwiożercze komary w imię mojej ogromnej miłości do mazurskich jezior. Zatęskniłam jednak za Bałtykiem, za pretekst wzięłam sobie Justina, wytężyłam umysł nad tą zagadką logiczną i naginając napięte harmonogramy, wyekspediowałam nas nad morze :-)

Nie było nas raptem parę dni, jednak w trakcie naszej eskapady zdążyło wydarzyć się tyle, że wróciliśmy wycieńczeni niczym po wielotygodniowych wojażach.

Zdążyłam już wam opowiedzieć, jak to nasza rezerwacja w hotelu przepadła, a my mając przed oczyma przerażającą wizję noclegu pod mostem, w popłochu usiłowaliśmy znaleźć sobie jakieś lokum na najbliższe noce. Zaradność Lubego powinna być wychwalana pod niebiosa, potrafi bowiem chłopczyna wykaraskać się z nie lada opresji, zyskując przy tym jednocześnie bonus od losu w postaci Justina mieszkającego piętro niżej.

Za sprawą mojego oślego uporu i jakże genialnego poczucia orientacji w terenie, zafundowałam Lubemu wycieczkę po gdańskich zaułkach, przez co począł pluć jadem w moją stronę ilekroć chciałam wyrazić swoją opinię co do kierunku  naszych pieszych przechadzek.

Koncert cudowny, ale większej ekscytacji doznawałam rojąc sobie w mym steranym nadmiernym wysiłkiem czerepie, jak to mimochodem spotykam Justina w zakamarkach hotelowych korytarzy. Miałam nawet ambitne plany, i żeby na pewno okazji nie przeoczyć, postanowiłam nocować w windzie, albo chociaż późną nocną porą po przechadzać się hotelowymi korytarzami. Nic to jednak, zmęczenie wzięło górę, zwinięta w kłębek, pochrapywałam sobie grzecznie do rana, Timberlake’a w hotelu nie spotkawszy…

Poszukiwania weszły nam jednak z Lubym w krew, tak też dnia następnego wyruszyliśmy nad Bałtyk. Wyczyn karkołomny, każde z nas miało bowiem inny zamysł co do miejsca położenia wielgachnej kałuży. Krzyżując po drodze kilkukrotnie szabelki, co rusz dopytując miejscowych, cudem na plaże dotarliśmy. Naszych bałtyckich fanaberii o mało co nie przepłaciliśmy choróbskiem, pogoda bowiem postanowiła nas po rozpieszczać, serwując iście wrześniowe chłody.

Po tych wszystkich przygodach pozostało nam już tylko wrócić do domu. Jeden mały atak bombowy, bezlitosna dezinformacja dworcowa, szaleńcza trasa Gdańsk-Bydgoszcz-Toruń-Łódź-Włocławek-Warszawa-Kraków, raptem dwanaście godzin w przepełnionym pociągu i  szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

Do napisania!

podpis 2

Jeśli lubicie czytać Spódnice, to możecie dać temu wyraz klikając „Lubię to!” na Spódnicowej twarzoksiążce ;)

Ach, nie zapomnijcie jeszcze zaglądać do Spódnicowego Insta Raju

cropped-Sg.jpg

SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!