Blogowanie w rytmie slow

Zawsze uważałam, że jestem najzwyczajniej w świecie po prostu blogowo leniwa. Że wybitnie niska częstotliwości pojawiania się postów na Spódnicach jest jedynie wyrazem mojego wybitnego braku zorganizowania i koronnym przykładem na istnienie w przyrodzie zjawiska prokrastynacji. Aż tu nagle okazuje się, że to moje lenistwo ma swoją nazwę, a nawet stoi za nim pewna ideologia – to slow blogging.

W dzisiejszej rzeczywistości wszystko powoli zaczyna być slow – żywimy się zgodnie ze slow food,  nosimy ze slow fashion, piszemy w sieci w rytmie slow blogging. Dodawanie przed kolejnymi nazwami życiowych obszarów, w których codziennie się poruszamy angielskiego przymiotnika sprowadza się tak właściwie tylko do jednego – do jakości. Bo nagle zaczęło nam zależeć na tym, żeby to, co trafia do naszych brzuchów było zdrowe. Ponad ilość szmat w szafie zaczęliśmy bardziej cenić ich jakość – teoretycznie tylko o niebo droższą, ale dzięki której ubranie po kilku praniach nie będzie wymagało rychłego wysłania na spotkanie z kontenerem na śmieci, co w ogólnym rozrachunku jest z pewnością bardziej opłacalne. Aż w końcu dochodzimy do momentu, w którym internetowym twórcom na sercu bardziej zaczyna leżeć jakość tego, co publikują, niż rządzące ich blogowym życiem statystyki.

I muszę przyznać, że mam z tym całym slow blogging pewien problem…

Każdy, kto blogerem jest, a nawet każdy kto dopiero nosi się z zamiarem publikowania w sieci swoich wypoci z pewnością natknął się już na książki Kominka. Otóż to, co każdy początkujący lub dopiero aspirujący do miana blogera nieborak powinien sobie z nich zapamiętać to z pewnością to, że zaczynając pisać trzeba dużo. A co jeszcze ważniejsze – często. Jeśli nie piszesz często, albo przynajmniej regularnie, to w sieci zginiesz szybciej, niż się w niej pojawiłeś. Z Kominkiem nie ma się co kłócić – zbyt długo facet już bloguje, żeby nie znać się na mechanizmach rządzących blogosferą. Koronnym argumentem przemawiającym za słusznością jego słów jest sukces takich blogerek, jak choćby Kasia Gandor, Żudit.pl, czy Hania.es, które to pisząc przez pewien okres czasu niemal codziennie zgromadziły dość szybko wokół siebie pokaźną społeczność, której im szczerze przyznam cholernie zazdroszczę (a za każdym razem, gdy o niej pomyśle, to pluje sobie w brodę, żem tak cholernie leniwa).

Tylko że z ilością jest pewien problem – cierpi na niej jakość. Nie wiem, czy w przypadku innych blogerów to również funkcjonuje w ten sposób, ale jeżeli ja narzucam sobie jakieś mordercze tempo publikacji na blogu i zaczynam pisać pod dyktando deadline’ów, które wzięłam sobie z powietrza, to wówczas jestem zazwyczaj cholernie niezadowolona z tego, co finalnie na blogu się pojawiło. Może i jestem wybitnie leniwą jednostką, ale jestem również chorobliwie pedantyczna i dokładna, co skutkuje zazwyczaj tym, że nie spocznę, dopóki to, nad czym pracuje nie będzie wyglądało tak, jak ja sobie to pierwotnie wymyśliłam. Potrafię naprawdę długo nad czymś siedzieć, dopóki tego nie dopieszczę i efekt końcowy nie będzie satysfakcjonujący. Tylko że to wymaga czasu. A pisząc często, gęsto i dużo na takie dłubanie czasu nie ma. Dlatego też codzienne pisanie w moim przypadku kategorycznie się nie sprawdza i jestem w stanie na blogu wskazać szereg postów, które zostały stworzone w takim właśnie systemie, a które nadal i wciąż swoją marną jakością denerwują mnie niezmiernie.

Taki codzienny kierat ma jeszcze jeden minus. W pewnym momencie może okazać się szalenie frustrujący. Bo nie masz weny, nie masz czasu, nie masz pomysłu, bo ci się nie chce, bo masz gorszy dzień i jedyne o czym marzysz to zawinąć się w kołdrę – i jak każdy człowiek masz do tego prawo. A tu bijesz się z myślami i masz wyrzuty sumienia, że nic dzisiaj na twoim blogu się nie pojawiło. Tak naprawdę od frustracji jest już bardzo blisko do posłania tego wszystkiego w diabły, bo przecież skoro nie masz weny, pomysłów i chęci, żeby pisać codziennie, to najzwyczajniej w świecie zły bloger z ciebie i nie nadajesz się do tej roboty. Blogując trzeba pamiętać przede wszystkim o jednym – to jest hobby i przyjemność. I to jest w tym najważniejsze. Są osoby, które w takim kieracie potrafią funkcjonować, ale jeśli z różnych względów ty do nich nie należysz, to absolutnie nie powinieneś się do tego zmuszać, bo odbierze ci to całą frajdę z prowadzenia bloga.

Z drugiej strony nie jestem w stanie całkowicie i kategorycznie zgodzić się z tym, czym ten cały slow blogging jest. Owszem – jakość jest cholernie ważna. Śmiem nawet twierdzić, że w blogowaniu jakość jest najważniejsza. No bo jeśli to, co masz zamiar w sieci umieścić nie niesie ze sobą absolutnie żadnej wartości, to lepiej zaoszczędzić czasu i sobie i osobom, które potencjalnie miałyby to przeczytać i pisania takiej bzdury od razu zaniechać. Nie potrafię jednak pozostać całkowicie obojętna na wszystko to, co o częstotliwości blogowania napisałam już wcześniej. Bo nie prowadzisz bloga dla siebie – ambitny jesteś i prowadzisz go, bo chcesz, żeby ktoś to czytał. A żeby ktoś zaczął to czytać, to w tej blogosferze musisz istnieć i trochę się łokciami porozpychać – i tu rada jest tylko jedna: pisz dużo, często i regularnie.

Tak naprawdę każda osoba prowadząca bloga powinna wypracować sobie swój własny kompromis pomiędzy jakością, a częstotliwością i regularnością w taki sposób, żeby czuć się z tym komfortowo. Bo blogowanie to hobby, ma być dla ciebie źródłem przyjemności – nigdy o tym nie zapominaj. Nie daj się zwariować, nie oglądaj się na innych, nie porównuj z nimi. Po prostu dobrze się baw pisząc swojego bloga.

Do napisania!

podpis

Jeśli lubicie czytać Spódnice, to możecie dać temu wyraz klikając „Lubię to!” na Spódnicowej twarzoksiążce ;)

Ach, nie zapomnijcie jeszcze zaglądać do Spódnicowego Insta Raju

cropped-Sg.jpg

Zdjęcie tytułowe z dzisiejszego posta pochodzi z bazy zdjęć stworzonej ku uciesze innych blogerów i użytkowników sieci przez autorkę bloga jestrudo.pl

SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!