Święta: czas start!

Właśnie do mnie dotarło, że już za niespełna tydzień będą święta. I wiecie co? Zupełnie nie robi to na mnie wrażenia.

Ten mój świąteczny tumiwisizm  jest o tyle dziwny, że zazwyczaj już w okolicach października na samą tylko myśl o Bożym Narodzeniu odstawiałam radosne pląsy w rytm Last Christmas, snułam podarunkowe plany względem bliskich, w mieszkaniu zaczynały panoszyć się wszędobylskie renifery, Futrzaste paradowały poobwiązywane czerwonymi wstążkami (lub też zaczynały owe renifery za sprawą zakładanych im rogów przypominać), a każdą z grudniowych godzin miałam zaplanowaną co do minuty. W tym roku tak nie jest…

I owszem, gdzieś w okolicach listopada z niemałym opóźnieniem dopadła mnie przedświąteczna gorączka, w iPod’zie zagościły nieśmiertelne świąteczne kawałki, jesienny szaro-bury świat wydawał mi się o tyleż piękniejszy, że mój mózg z automatu widziane otoczenie przyozdabiał w christmasy (christmasy = lampki choinkowe), jemiołę i połyskliwe bombki, a przedświąteczny entuzjazm wylewał mi się uszami.

I w pewnym momencie świąteczny czar prysł, a ja miałam ochotę ulotnić się wraz z nim. I nie, wróć – święta wcale nie są mi obojętne, ja po prostu najchętniej z całej tej imprezy bym się wypisała. Dlaczego? Bo święta wcale nie są takie zabawne, jak by można było się tego spodziewać.

Główną wadą świąt jest dysproporcja pomiędzy włożonym w ich przygotowanie wysiłkiem, a otrzymywanymi w zamian korzyściami (i mi tu wcale nie chodzi o gwiazdkowe prezenty! One w tym wszystkim niezbicie stanowią pewną okoliczność łagodzącą, jednak przedmiotem dalszej dyskusji nie są). Pomyślcie sami: święta to raptem trzy dni. Trzy dni, kiedy to pałaszujemy świąteczne przysmaki, spędzamy czas w rodzinnym gronie, a wszystko to spowite być powinno aurą refleksji, zadumy i długo wyczekiwanego odpoczynku… A chała moi państwo! Święta to poligon! Gdzieś na tydzień przed planowaną godziną zero wszystkim jak raz odbija, a w pakiecie do przedświątecznej szajby dostają turbodoładowanie, które pomaga im biegać po sklepach, taszczyć siaty z zakupami, zaiwaniać z odkurzaczem i gąbeczką, w między czasie drugą rączką robiąc zamęt w świątecznym barszczu. I ta szajba jak nic jest niezbędna, bowiem nikt o zdrowych zmysłach by temu całemu przedświątecznemu zamieszaniu nie podołał! Czas start: mieszkanie na błysk, potraw jak tradycja wymusza minimum dwanaście, choinka po oczach ma bić blichtrem i przepychem, wszyscy mamy być wymuskani, a do wigilijnej kolacji zasiadać z dzikim entuzjazmem (kij, że oczy na zapałki, w żyłach hektolitry kawy, a na zamaskowanie cieni pod oczami zeszła cała tubka korektora).

I jak tak sobie siedzę i rozmyślam nad wszystkim tym, do zrobienia czego w imię nadchodzących świąt będę zmuszona, to mi się najzwyczajniej w świecie nie chce. A z drugiej strony mój sterany ustawicznym nadmiernym wysiłkiem umysł co rusz nawiedza czarna wizja świąt w atmosferze unoszącego się dookoła mnie kurzu, co biorąc pod uwagę wrodzony pedantyzm się po prostu nie godzi. I co? I jak nic dysonans, który skwitować można jedynie następująco: no nie chcem, ale muszem.

Patrząc na moje zeszłoroczne wyczyny i pobijanie wszelkich możliwych rekordów w locie na miotle zachodzę w głowę, co takiego musiałam sobie sama nawmawiać, że w ogóle chciało mi się podnieść zad z kanapy i zaiwaniać nie dość, że ze ścierą w ręce, to jeszcze z uśmiechem i świąteczną nutą na ustach. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że to chyba niewątpliwie musiały być początki rozstroju nerwowego, skoro nie próbowałam choć raz zbuntować się przed tym około świątecznym męczennictwem, bo w tym roku całą swoją postawą składam hołd cudownemu zjawisku prokrastynacji (takie mądre, modne i właściwe psychologom słowo – wyczuwacie smród sarkazmu?). Chociaż nie, wcale nie. To wcale nie jest tak, że nic nie robię, wręcz przeciwnie. Ja robię WSZYSTKO, byle tylko odsunąć w czasie konieczność pochwycenia w dłoń szmateczki i wypucowania domu na wysoki połysk. A to bardzo absorbujące zajęcie jest. I wymaga niezwykłej wręcz biegłości w wyszukiwaniu sobie coraz to bardziej bzdurnych zajęć.

Rodzicielka była miła zauważyć, że ta zmiana moich zapatrywań względem świąt świadczy niezbicie o osiągnięciu przeze mnie niezbyt chlubnego stadium rozwojowego właściwego jednostkom dorosłym i dojrzałym. A chała mamusiu! Może i dorosła, ale w żadnym razie dojrzała, bo oto właśnie ogłaszam wszem i wobec, że rozpoczynam polowanie na jelenia. Jelenia, który ten cały świąteczny ambaras za mnie ogarnie! Futrzaste – bójcie się!

Do napisania!

podpis 2

Jeśli lubicie czytać Spódnice, to możecie dać temu wyraz klikając „Lubię to!” na Spódnicowej twarzoksiążce ;)

Ach, nie zapomnijcie jeszcze zaglądać do Spódnicowego Insta Raju

cropped-Sg.jpg

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/swieta-czas-start/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial