Jak przeżyć REMONT

Namiętnie tropię w swoim życiu sytuacje, które upadlają mnie na tyle, że dzięki nim zaczynam sobie dość żywo wyobrażać, czym mogłoby być piekło.

Do tej pory miałam kilku dość mocnych faworytów, którzy z powodzeniem uzmysławiali mi, co obrazowo mogłoby kryć się za stwierdzeniem “koszmar”:

  • wizyta u dentysty, gdy lekarz namawia cię na brak znieczulenia, kiedy ciebie boli nawet już sam fakt przekroczenia progu jego gabinetu;
  • zastrzyki robione trzęsącymi się rękami studenta medycyny, który odbębnia właśnie praktyki w szpitalu, ale igieł, krwi i naruszania powłok skórnych zdaje się bać jeszcze bardziej od gotowego aż zrzygać się ze strachu pacjenta;
  • pobyt w tym dość specyficznym i wyjątkowo znienawidzonym przeze mnie publicznym przybytku, gdzie nie dość, że jestem narażona na atak ze strony wylęgających się w dogodnym środowisku wodnym mikrobów, to jeszcze zmusza się mnie do zapoznawania się z wyjątkowo intymną anatomią zupełnie obcych mi jednostek – tak, mówię o basenie.

Ostatnio jednak przekonałam się, że osiwieć można znacznie szybciej i skuteczniej, nie plątając się przy tym po żadnych pełniących funkcję broni biologicznej miejscach, czy też nie narażając się na kontakt z przedstawicielami służby zdrowia –  wystarczy zrobić REMONT.

Muszę to przyznać – sama się prosiłam. Ja po prostu nie wiedziałam w co się pakuje. Dotychczas w moim życiu szczytem remontowego wtajemniczenia było przemalowywanie ścian – co było proste, łatwe i do ogarnięcia w kilka dni. Mnie na prawdę pomysł generalnego remontu łazienki wydawał się początkowo pomysłem genialnym. Perspektywa pozbycia się płytek w kolorze rzygów ślimaka napawała mnie niemałą ekscytacją! W końcu, po jedenastu latach od przeprowadzki, pozbędziemy się łazienki po poprzednich lokatorach – wo-hoo!

Dotychczas kwestie wnętrzarskie niezbyt mnie kręciły. Pinterest służył mi raczej do oglądania czadowych autfitów, słodkich kotków i roznegliżowanych zdjęć zagranicznych aktorów (niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która nie wykorzystuje tej strony do równie niecnych celów… ). Ale żeby mój genialny pomysł mógł się zmaterializować, trzeba było się zdecydować, na co tak właściwie te rzygi ślimaka przerobić. I powiem wam, że jak już raz człowiek wstuka w wyszukiwarkę jakiekolwiek związane z inspiracjami wnętrzarskimi hasło, tak go wsyśnie i przepadł.

I tak mniej więcej cały ten cyrk się zaczął. Jako padawan dizajnu przemierzałam odmęty wnętrzarskich stron w poszukiwaniu inspiracji co do płytek, betonu i armatury, niezłomna niczym Gestapo stałam nad Lubym (który ma w swoim życiu to nieszczęście, że w przeciwieństwie do mnie ogarnia programy graficzne, więc jest w tym względzie przeze mnie niemiłosiernie wykorzystywany), żeby wydziergał w końcu projekt i plułam entuzjazmem na każdego, kto próbował szerzyć defetyzm i torpedować zdrowym rozsądkiem moje remontowe koncepcje. A były one zacne: zakładały beton, jeszcze więcej betonu, płytki – zgadliście – przypominające beton, pozbycie się wanny, czaderski przeszklony prysznic, okrągły sralniczek i sprytną zabudowę, w której schowam wszelkie łazienkowe paskudy.

Zanim jednak do gry wkroczył główny sprawca ogólnego i prawie dwumiesięcznego upodlenia całej rodziny – to jest ekipa remontowa – trzeba było jeszcze zabezpieczyć przed skutkami generalnej demolki resztę mieszkania. A że jestem pedantem, na punkcie porządku i sprzątania mam fisia, to do sprawy podeszłam poważnie. Zwłaszcza, że regularnie nawiedzała mnie okropna wizja, w której moje ukochane torebeczki i zamszowe buciki były brutalnie atakowane i niszczone przez wszędobylski poremontowy pył, przez co z miejsca byłam gotowa dostać ataku histerii. Możecie zatem sobie wyobrazić, jak szalenie skrupulatna byłam w zafoliowywaniu każdego z pomieszczeń… I tak przy użyciu niezliczonych arkuszy folii malarskiej, kilometrów taśmy klejącej i kilkunastu rolek worków na śmieci udało mi się stworzyć coś, co z powodzeniem mogłoby robić za tematyczny park rozrywki dla żądnych adrenaliny chojraków. Wyobrażam sobie nawet już te przydrożne reklamy: “Foliowe chochoły. Wejdź raz, a nie wydostaniesz się już nigdy.”.

Najbardziej emocjonująca część całego zamieszania miała jednak dopiero nastąpić w chwili, kiedy moja wizja boleśnie zderzyła się z ekipą remontową. Ile ja musiałam stoczyć słownych potyczek, do ilu kompromisów byłam brutalnie zmuszana, ile moich genialnych koncepcji rozbiło się jakieś bzdurne kwestie techniczne –  w pewnym momencie zaczęłam wierzyć, że nic poza “nie da się” od moich majstrów nie usłyszę. No nic nie generuje problemów z taką częstotliwością, jak ekipa remontowa. A bo tu tak wąskiej ścianki zrobić się nie da. A tam to światełko to głupi pomysł. A dlaczego te półeczki muszą być kwadratowe. A czy ten beton to konieczny. A bo kabelki to, a rureczki tamto. A bo silikony, pustaki i kleje. A tu rzucik na płytkach nie taki i syfon za krzywy.  Tu się coś zepsuło, tam nie dojechało. Generalnie kryzys, problem i tragedia, a uporać masz się z tym ty – człowiek, który właśnie po raz pierwszy zobaczył, co to jest płyta kartonowo-gipsowa…

I to wcale nie jest tak, że robiąc generalny remont z momentem zamknięcia drzwi za ekipą masz już fajrant. O nie. To nic, że trwał dwa miesiące, drugie tyle po nim sprzątałeś i teraz nawet na myśl o przemalowaniu ścian cierpniesz i powieka zaczyna ci tak niepokojąco drżeć. Im większa remontowa ingerencja w mieszkanie, tym więcej zostanie po niej niedoróbek i poprawek. No jak to jest, że ścianę dało się zburzyć w godzinę, a głupiej szafeczki nie ma komu skręcić przez trzy miesiące? Niesłychane. Naprawdę.

Tak też mam nadzieję, że teraz już wiecie, że hasło “remont” w żadnym wypadku nie jest synonimem wyrażenia “genialny pomysł”.

Do napisania!

podpis

Spódnice w górę!

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/remont/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial