Jestem samotną, złośliwą, nieatrakcyjną i sfrustrowaną kobietą – no wiecie, w końcu jestem feministką

Jestem samotną, złośliwą, nieatrakcyjną i sfrustrowaną kobietą, która nienawidzi mężczyzn, bo żaden z nich nie chciał jej dotknąć nawet kijem. Zapewne w dodatku jestem również lesbą.  No bo co w końcu innego można sobie pomyśleć o kobiecie, która publicznie deklaruje, że jest feministką?

Gdy  tylko rankiem odpaliłam dziś moje elektroniczne pieszczochy i przyssałam się do Internetu, robiąc rytualny codzienny research, pod paluszki śmigające po dotykowym ekranie wpadły mi teksty, artykuły i filmy o feminizmie i stojącym do niego w kontrze antyfeminizmie. No i się naczytałam, że „feministki są głupie (a w dodatku brzydkie), bo agitują na rzecz nienawiści do męskiej części populacji, chcą legalizacji aborcji i domagają się, żeby je wpuścić do pracy w kopalniach!”, a „kobiety, którym nie zależy na równouprawnieniu i ich nadrzędnym celem jest bycie rozpłodową maciorą i ograniczenie swojej aktywności życiowej do funkcjonowania w roli nieco bardziej zaawansowanego sprzętu kuchennego są jeszcze głupsze!”. A wiecie, co tak naprawdę jest głupie? Oba te stanowiska. Pierwsze jest stereotypowe i krzywdzące, a drugie cholernie radykalne. To są dwie skrajności, które dobrze prezentują się w mediach, bo budzą emocje. Feminizm jest poglądem, który powinien być postrzegany jako kontinuum, na końcach którego znajdują się właśnie wspomniane wcześniej stanowiska. Pomiędzy obiema tymi skrajnościami znajduje się reprezentatywna dla feministek grupa kobiet, które ani nie będą żądały zniesienia męskiej dominacji językowej, ani nie będą chciały sikać na stojąco, ale za to będą walczyły o to, żeby w pracy być traktowane na równi z mężczyznami i żeby mogły decydować o swojej własnej macicy i tym, czy chcą być matkami. Kobiety nazywają się feministkami, bo nie chcą się zgodzić na to, jak są traktowane i w jaki sposób społeczeństwo się do nich odnosi. I nie robią tego z egoistycznych pobudek, tylko altruistycznych, bo chcą, żeby nas – WSZYSTKICH – nie dyskryminowano i żeby widziano w nas ludzi, nie tylko kobiety i żeby wszystkim nam (albo naszym dzieciom, córkom) żyło się lepiej i łatwiej. No  wiecie, może jestem w tym względzie odosobniona, ale dla mnie człowiek to człowiek. O tym, czy jest dobry, czy zły i czy zasługuje na mój szacunek świadczy to, co robi i co sobą reprezentuje. Póki nie krzywdzisz innych, nie interesuje mnie twoja religia, twoje pochodzenie, twój kolor skóry, ani twoja płeć. Możemy się nie zgadzać, możesz mieć inne poglądy – toleruję to. Ale jesteśmy dorośli i nikt nikomu nie powinien nieproszony własnych racji wpierać. Czy naprawdę moje poglądy są aż tak odrealnione i utopijne?

Jestem feministką i zupełnie się tego nie wstydzę. Nie chcę, żeby postrzegano mnie tylko przez pryzmat ról społecznych, które kulturowo przypisywane są kobietom. Nie chcę brać ślubu, nie chcę być niczyją żoną. Nie sądzę też, żeby miarą kobiety było to, czy jest w związku, czy nie. Na kobiety, które są singlami nie patrzę z politowaniem, bynajmniej – zazdroszczę im niezależności, zaradności i tego, że nie muszą na co dzień znosić męskich humorów. Nie chcę być matką i nie chcę żeby ktoś za mnie odgórnie decydował o tym, kiedy i czy w ogóle założę rodzinę. Nie cierpię tego, jak faceci reagują na informację, że nie pracuję na etacie, w związku z czym siedzę na co dzień w domu. Bo wiecie co słyszę? „No to czym się zajmujesz? Sprzątasz i gotujesz, tak?” Jasne! Przecież kobieta do tego właśnie służy. Nienawidzę, kiedy faceci z góry zakładają, że nie znam się na samochodach, polityce, elektryce, komputerach, czy innych technicznych, męskich sprawach – w końcu jestem kobietą, to co ja tam wiem. Nie przebierając w środkach spacyfikuję każdego faceta, który będzie próbował w rozmowie zrobić ze mnie idiotkę. Nie znoszę tego, jak mężczyźni na drodze traktują kobiety jadące małymi, miejskimi samochodami. Bo nie wiem czy jesteście tego świadomi, ale taka kobieta nie ma prawa korzystać z lewego pasa, bo ten zarezerwowany jest dla popisujących się swoimi szybkimi brykami facetów, którzy w ten sposób odreagowują codzienne frustracje. Nienawidzę seksizmu. Owszem, twierdzę że patriarchat to zło, a matriarchaty powinny zdominować zachodnią kulturę – nierealne, ale pomarzyć zawszę mogę. Nie rozumiem młodych kobiet, które zamiast się kształcić i rozwijać wychodzą za mąż i rodzą dzieci (nie wiem, czy znacie film Uśmiech Mony Lisy, ale ostatnio nader często jestem świadkiem tego, że dziewczyny zachowują się dokładnie jak uczennice bohaterki filmu – studiują dopóki nie znajdą faceta, który będzie chciał się z nimi ożenić i z momentem zaobrączkowania kończą edukację na rzecz zostania przykładną kurą domową). Cholernie irytują mnie panujące w naszym społeczeństwie podwójne standardy – chłopcom wolno wszystko, a dziewczynkom nie wypada robić tak wielu rzeczy, że aż trudno to zliczyć. Chłopcom – synom i wnukom – matki i babcie usługują: karmią, opierają tyłki, sprzątają, prasują i kupują gacie. A dziewczynki mają radzić sobie same, koniec kropka. No przecież każda kobieta na w genotyp wdrukowaną instrukcję obsługi pralki. I tak, nienawidzę gotować i uważam gotowanie za narzędzie patriarchalnego wyzysku.

Pomiędzy mężczyznami, a kobietami istnieją społeczne nierówności. Dostrzegam je, nie podoba mi się to i chcę to zmienić. Dlatego nazywam siebie feministką. I nie sądzę, żeby w tej deklaracji było coś złego. Moje poglądy nie wynikają z tego, że jestem złośliwa i nienawidzę mężczyzn. Nie jestem też sfrustrowaną starą panną, której nikt mnie nie chciał i teraz za to wyżywam się na każdym napotkanym egzemplarzu mężczyzny. Niepodoba mi się jednak to, że są takie kobiety, którym nie przeszkadza, że traktuje się je i postrzega stereotypowo, a do tego starają się wywoływać poczucie winy w innych, które zamiast zaiwaniać ku chwale ogniska domowego, koncentrują się na swojej edukacji, pracy, czy rozwoju. Nie rozumiem też kobiet, które deklarują, że są antyfeministkami. Szczerze – nie potrafię wyobrazić sobie większej głupoty. Sama jesteś kobietą, jak ci może nie zależeć na tym, jak się postrzega kobiety w społeczeństwie i jak są traktowane. Owszem, może nie podobać ci się to, co reprezentują sobą szczekające w mediach radykalne feministki, ale to jeszcze nie powód, żeby nazywać się antyfeministką.

Zupełnie nie rozumiem, skąd wzięła się cała ta pejoratywna otoczka wokół feminizmu. Chociaż nie, domyślam się, że z głupoty i tego, że znaczna większość osób szczekających publicznie o tym, jak zły jest feminizm, nie ma o nim bladego pojęcia, a wszelkie swoje sądy na temat tego zjawiska i osób z nim się identyfikujących opiera na funkcjonującym w naszym społeczeństwie stereotypie feministki (krzywdzącym i w żadnym stopniu nie reprezentatywnym dla całej grupy), za powstanie którego odpowiedzialne są w dużej mierze osoby słabo wykształcone i patriarchalnie i prawicowo zacietrzewione.

Ku chwale edukacji wytłumaczę wam teraz, czym ten feminizm książkowo jest. Istotą feminizmu jest równouprawnienie. Ruch feministyczny powstał, ponieważ zaczęto zastanawiać się nad przyczynami nierówności związanych z płcią kulturową i szukać sposobów na ich przezwyciężenie. Różne funkcjonujące w ramach feminizmu teorie zgadzają się co do tego, że kobiety nie mają równych szans w społeczeństwie, jednak dopatrują się przyczyn tej nierówności w różnych głęboko zakorzenionych zjawiskach i procesach społecznych, takich jak seksizm, kapitalizm, czy patriarchat. Odmian feminizmu jej sporo, ale dwoma głównymi nurtami teoretycznymi w ramach tego ruchu, które wypada znać i rozumieć są feminizm liberalny i feminizm radykalny. Feministki liberalne dopatrują się źródeł nierówności społecznych związanych z płcią w postawach społecznych i kulturowych. Nie uważają niższej pozycji kobiet za jeden z elementów jakiejś struktury, czy systemu. Interesuje je seksizm i dyskryminacja w miejscu pracy, instytucjach edukacyjnych, czy środkach przekazu. Ich wysiłki będą się koncentrowały na tworzeniu i ochronie równych szans dla kobiet za pomocą regulacji prawnych i innych środków demokratycznych. Feminizm radykalny zaś zakłada, że mężczyźni są odpowiedzialni za eksploatację kobiet w społeczeństwie i czerpią z niej korzyści. Głównym wątkiem tego nurtu jest analiza patriarchatu, czyli systematycznego zdominowania jednostek żeńskich przez męskie. Rodzina jest dla nich jednym z głównych źródeł społecznego wyzysku kobiet. Mężczyźni nie dość, że wyzyskują kobiety, korzystając z darmowej pracy wykonywanej przez nie w domu, to jeszcze jako grupa nie dopuszczają kobiet do zajmowania dających władzę i wpływowych stanowisk. Jako główny mechanizm męskiej dominacji wskazują stosowaną przez nich względem kobiet przemoc fizyczną.

Bardzo bym chciała, żeby przestano traktować feminizm jako społeczne tabu. Chciałabym, żeby ludzie zanim zaczną się wypowiadać na jakikolwiek temat w Internecie, najpierw poświęcili trochę czasu i uwagi na to, żeby dowiedzieć się, czym faktycznie zjawisko, które chcą skrytykować jest. Chciałabym również, żeby przestano feminizm i feministki postrzegać wyłącznie przez pryzmat przejaskrawionych radykalnych przypadków, które szczekają w mediach. Bo feministki to też normalne, zwyczajne kobiety, które chcą dla siebie po prostu lepszego życia.

Do napisania!

podpis

Jeśli lubicie czytać Spódnice, to możecie dać temu wyraz klikając „Lubię to!” na Spódnicowej twarzoksiążce ;)

Ach, nie zapomnijcie jeszcze zaglądać do Spódnicowego Insta Raju

cropped-Sg.jpg

  • Jednak jesteś trochę radykalna. „Nie chcę być niczyją matką. nie chcę być niczyją żoną”, „Nie rozumiem młodych kobiet, które zamiast się kształcić i rozwijać wychodzą za mąż i rodzą dzieci” ale uważasz, że to źle i robią błąd? :)
    Wydaje mi się, że każda z nas ma inne potrzeby i jeśli któraś jest szczęśliwa w takiej konfiguracji to „droga wolna”.

    Ja jestem baaardzo „zagorzałą” feministką, co nie przeszkadza być mi czyjąś żoną, a tym bardziej matką. Co więcej, teraz na urlopie macierzyńskim, zajmuję się (o zgrozo!) większością prac domowych. I uwielbiam gotować! :)

    • Nie uważam, że to błąd – po prostu sama nie chciałabym być w takiej sytuacji i dlatego tego nie rozumiem. Zgadzam się z Tobą w 100% – jeśeli ktoś jest szczęśliwy, to niech robi co chcę. W akapicie, z którego cytaty przytaczasz pisałam O SOBIE i o moim, nazwijmy to, „mindsecie”. To jest po prostu swego rodzaju grunt, na którym urosły moje przekonania. Nie chciałam nikogo obrażać, raczej piłam do polityki naszego kraju, która odgórnie zakłada, że wszystkie kobiety chcą być żonami i matkami, a tak nie jest. Matki i żony szczerze podziwiam, bo wiem, że ja bym się do tego nie nadawała :) Pozdrawiam

  • Według mnie feminizm, to przede wszystkim wolność wyboru i decydowania o sobie. Odniosłam wrażenie, że piszesz o tym temacie bardzo emocjonalnie i kierujesz się w stronę narzucania własnego zdania osobom, które myślą inaczej. Wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę.

    • Jestem blogerką, nie dziennikarką i piszę subiektywne felietony, a nie obiektywne i obszernie naświetlające dane zjawisko artykuły. Ten temat jest dla mnie szczególnie ważny, więc emocjonalny wydźwięk tego tekstu nie powinien Cię Paulo dziwić. A poza tym felietony powinny opierać się na emocjach, bo to właśnie wtedy prowokują innych do myślenia. Jak już mówiłam – ten blog jest miejscem, w którym prezentuje swoje poglądy, wchodząc tu czytelnicy powinni być tego świadomi.

      • Brawo ja – usunęłam komentarz zamiast odpisać. Wklejam ponownie i przy okazji odpowiadam.

        „Według mnie feminizm, to przede wszystkim wolność wyboru i decydowania o
        sobie. Odniosłam wrażenie, że piszesz o tym temacie bardzo emocjonalnie
        i kierujesz się w stronę narzucania własnego zdania […]”

        Oczywiście masz rację. To Twój blog i nikt nie nie ma prawa nakazywać Ci myśleć czy pisać w inny sposób niż chcesz to robić. Pisać należy dowolnie, pamiętając jednak o tym, że wolność jednej osoby kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej.

        • Ale ja na niczyją wolność nie dybię i nikogo nie atakuje. Wyrażam swoje poglądy, ale nie oczekuję, że wszyscy będą się ze mną zgadzać. Zresztą o tym też w tym tekście pisałam

  • Przypomniała mi się moja nauczycielka z liceum, która wyśmiewała wszystkie feministki, bo jedyne co jej się z nimi kojarzyło to właśnie hasło „kobiety na traktory”. Idealny przykład mylnego pojęcia o feminizmie wynikającego z braku wiedzy na ten temat…

  • W społecznych dyskusjach często wyolbrzymia się i przekształca argumenty przeciwników, żeby brzmiały jeszcze bardziej idiotycznie. Do tego dochodzi wspomniana przez Ciebie tendencja do upraszczania tego, o czym się nie ma pojęcia.
    To fascynujące, jak szybko po naszym stwierdzeniu, że kobiety powinny zarabiać tyle samo, co mężczyźni o tych samych kwalifikacjach na tych samych stanowiskach nasi rozmówcy dochodzą do wniosku, że zapewne nie golimy nóg, a jak jesteśmy takie mądre to pora wsiąść na traktor…

    • To jest wręcz niesamowite, jak ludzie negatywnie reagują na wszystko, co ma związek z feminizmem – traktują to zagadnienie jak „śmierdzące jajo” i bardzo szybko zaczynają negatywnie oceniać kobiety, które publicznie zadeklarują, że są feministkami