Najgorsza rzecz, jaką możesz komuś zrobić

Jako jednostki zsocjalizowane do funkcjonowania w przestrzeni społecznej mamy wpojone pewne zasady: wiemy kogo i w jakich okolicznościach puszczać przodem w drzwiach, wiemy kiedy podnieść zad, żeby ustąpić miejsca komuś bardziej potrzebującemu siedzącej miejscówki, wiemy, w którym momencie zamknąć dziób, żeby przypadkiem kogoś nie obrazić i wiemy też, jak przetrwać wizyty we wszelkich kulturalnych przybytkach, żeby smród wstydu nie snuł się za nami przez lata. No i wiemy też, jaki jest obowiązkowy element każdej tresury z kindersztuby – nie wypada się spóźniać. 

Bo spóźnianie się to taki brzydki nawyk. Albo ostateczny dowód na to, że ktoś jest nieogarnięty. I choć nie zamierzam z tym faktem polemizować, to uważam, że 15 minutowa obsuwa każdemu może się zdarzyć. No bo wiecie – żelazko na gazie, jazda za zwolennikiem poruszania się po drogach z prędkością nieprzekraczającą 20 kilometrów na godzinę, pies wąchający kwiatki, zamiast zajmujący się tym, co psy zazwyczaj robią na spacerach, drobny kryzys parkingowy i zabawa w “a po prawej Big Ben i Parlament” w poszukiwaniu miejsca – i już jesteś spóźniony. Dlatego umówmy się – funkcjonowanie w granicach studenckiego kwadransu powinno być zachowaniem społecznie aprobowanym. Zwłaszcza, że w materii około spotkaniowej można zawsze zrobić coś o wiele gorszego…

To, co teraz powiem zapewne sprawi, że zacznę wieść życie osamotnionego i hodującego koty eremity, ale podejmowanie gości we własnych czterech ścianach to dla mnie synonim koszmaru. Jeśli mogłabym mieć wybór, to zamiast tego wybrałabym tortury wodą albo płaczącymi niemowlętami. Te kurtuazyjne wizyty nie byłby może nawet aż tak traumatyczne, gdyby nie to, że mam w synapsy wgrane przeświadczenie, że gości wypuścić nie wolno, dopóki nadal mogą być głodni”. A co zrobić, żeby goście nie wyszli głodni? Ugotować coś. I tu właśnie zaczyna się mój dramat, bo gotowania nie cierpię jak niczego innego. Kuchnia służy mi właściwie wyłącznie do konserwacji powierzchni płaskich, parzenia herbaty i karmienia Futrzastych. Więc kiedy już zaproszę psiapsióły i spróbuję przerobić zawartość lodówki na coś w miarę zjadalnego, to nagle okazuje się, że pochylona nad garnkiem i deską do krojenia zupełnie wymykam się ramom czasoprzestrzeni – gotowanie to czynność, która absolutnie zawsze zajmuje mi conajmniej dwa razy tyle, ile zakładałam, że zajmie. No zgroza po prostu.

I wyobraźcie sobie teraz, że zaprosiliście do siebie znajomych i jesteście mną, czyli w kuchni macie poligon, pomiędzy krojeniem a mieszaniem latacie przez mieszkanie na miotle, gdzieś w międzyczasie uda wam się zahaczyć o łazienkę i maźnąć się dwa razy tuszem do rzęs, a na sobie macie rozmemłany dres roboczy. Ale nie jest źle – myślicie – pomijając ten gastronomiczny chaos, który wymknął się wam spod kontroli, do godziny zero spokojnie ze wszystkim się wyrobicie. Ba! Znajdzie się nawet chwila, żeby pomalować paznokcie. A kiedy tylko zakręcicie buteleczkę z lakierem, to waszą przedspotkaniową gonitwę zakłóci on – dzwonek do drzwi…

Yhym. Zgadliście. To jest właśnie ta najgorsza rzecz, jaką można komuś zrobić. I to podobno spóźniać się nie wypada. No co za bzdura! Nie wypada to przychodzić do nikogo przed czasem, bo ludzie wpadają wtedy w taki popłoch, że zapominają jak się nazywają. Ja przynajmniej zapominam. Jeśli lubicie swoich przyjaciół, to nie róbcie im tego. Pamiętajcie – ukochany gość, to gość, który się spóźnia. 15 minut. A jak uprzedzi, to będzie mógł nawet z 30. Byle nie był za wcześnie, bo choć podręczniki do savoir vivre’u tego nie uwzględniają, to takie zagranie to zło w najczystszej postaci.

A dla niektórych już samo gotowanie jest wystarczającą traumą…

Do napisania!

podpis

Sg

Podziel się:
Facebook
Google+
http://www.spodnicewgore.pl/2554-2/
Twitter
SPÓDNICOWY NEWSLETTER

Zapisz się, żeby nie przegapić niczego, co pojawia się na Spódnicach!

     
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial